Wykorzystujemy pliki cookies do poprawnego działania serwisu internetowego, oraz ulepszania jego funkcjonowania. Można zablokować zapisywanie cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki internetowej.
Data publikacji: 31.01.2013 A A A
9/10 dla nowej płyty Riverside
ALEKSANDRA KUCHTA

W zeszłym tygodniu ukazała się nowa płyta zespołu Riverside. Tym razem, piąty krążek grupy „Shrine of New Generation Slaves” zaprezentował coś innego, zespół przekroczył wyznaczone przez siebie granice. Ale zaraz. Czy muzyka w ogóle powinna mieć jakieś granice?


Riverside to zespół z Polski. Należy to podkreślić, ponieważ słuchając „Shrine” oraz płyt poprzednich wcale nie jest to oczywiste. Zespół po raz kolejny zaprezentować poziom najwyższy, chociaż tym razem na zupełnie innej płaszczyźnie. Nasi rodacy w ciągu dziesięciu lat wypracowali styl niepowtarzalny, rozpoznawalny i znajomy dla każdego amatora rocka progresywnego. Do tej pory tworzyli muzykę bardzo wartościową, aczkolwiek męczącą melomanów przyzwyczajonych do typowego rocka. Ogromnym krokiem dla zespołu była zmiana brzmienia nie tylko na bardziej zjadliwą ale i o wiele pełniejszą i ciekawszą wersję. Nie słychać już perkusji rodem z kapeli metalowej a gitara pobrzmiewa bardziej gilmourowo niż wcześniej. Muzyka dwuwymiarowa i eklektyczna rozszerzyła swój zasięg na inne gatunki i straciła nieco poszarzałą etykietę. Płyty słucha się bardzo przyjemnie i
nie można oprzeć się pokusie, aby podkręcić nieco gałkę głośności przy sprzęcie grającym. Linie basu i gitary w  „Celebrity Touch” i „Feel Like Falling” wpadają w ucho i na długo tam pozostają. W zasadzie nie widzę powodu, aby nie podbiły serc słuchaczy, którzy gustują w muzyce gitarowej.

 

Obcując z krążkiem wyczuwa się pewność siebie muzyków, nie boją się oni saksofonu ani delikatnych chórków, które genialnie ubarwiają ich utwory. Kapela spełniła swoje założenie zawarte w tytule – pierwsze litery tytułu „Shrine of New Generation Slaves” stanowią hasło przewodnie longplaya - „Songs”. Artyści doszli do wniosku, że chcieliby nagrać płytę z piosenkami, gdzie pierwsze skrzypce będzie grać melodia. Płyta jest przebojowa, ale ani przez moment nie ociera się o banał. Również teksty traktują o rzeczach poważnych. Bardzo podoba mi się niemodny pomysł śpiewania do rzeczy. Autor tekstów zastanawia się między innymi co jest powodem naszego powszechnego uzależnienia od portali społecznościowych, czemu wielu z nas czuje, ze jeżeli nie żyje w „sieci” to nie istnieje wcale? Mariusz Duda pisze o potrzebie bycia ważnym. Czy to właśnie nie przez kabel możemy najłatwiej się realizować? Fragment „Google boys and wiki girls/ Children of the self care” doskonale opisuje sposób myślenia współczesnego techno-człowieka.  Poprzednia płyta w warstwie wokalnej mówiła o pośpiechu, ta dotyka problemów będących jego konsekwencjami.

 

Krążek jest przemyślany z każdej strony i mimo innej stylistyki jest kontynuacją poprzednich dokonań. W tytule mamy pięć słów, poprzedni „Anno Domini High Definition” miał cztery i tak dalej. Utwory, czy też piosenki, są obszernymi, bogatymi i „głębokimi” kompozycjami, gdzie każdy dźwięk, każda barwa mają swoje miejsce. Singlowy „Celebrity Touch” obdarowuje nas przyjemnością przez ponad sześć minut, przy czym w żadnym momencie nie nudzi. W „Escalator Shrine” wyraźnie słyszymy (uwaga) elementy bluesowe, co można tłumaczyć zainteresowaniem dokonaniami Jacka White’a. Jest to muzyka mocna, ale już nie ociężała. Zespół tym albumem otworzył sobie ścieżki w wielu kierunkach i trudno nie być ciekawym, którą dalej podąży.

Podziel się treścią artykułu z innymi:
Wyślij e-mail
KOMENTARZE (4)
PODOBNE TEMATY
Kim były "Żony SS-manów"?
Spoglądając na historię dostrzegamy głównie najważniejsze ...
„Znam taki kraj, którego ty nie znasz”
Nawet dorośli odkrywają w sobie małego odkrywcę. Dlatego ...
Barbara Hollender, Od Kutza do Czekaja. Wydawnictwo Prószyński i Spółka
Ponad półtora roku musieliśmy czekać na drugi tom esejów ...
Werwolf. Ostatni zaciąg Himmlera
Werwolf należy do tych organizacji powstałych w ramach III ...