Wykorzystujemy pliki cookies do poprawnego działania serwisu internetowego, oraz ulepszania jego funkcjonowania. Można zablokować zapisywanie cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki internetowej.
Data publikacji: 22.10.2013 A A A
Queens of the Stone Age – „...Like Clockwork” 9/10
ALEKSANDRA KUCHTA
Materiał prasowy

Słuchanie szóstego studyjnego albumu Queens można nazwać obcowaniem. Mamy tutaj do czynienia z tworem pełnym. Nie wyobrażam sobie absolutnie żadnej zmiany w zapisanym materiale, która mogłaby go poprawić. Album został komercyjnie niemal niezauważony mimo wspaniałych recenzji, co jest dla mnie sygnałem, że w ogóle nie rozumiem mechanizmów biznesu muzycznego.


Czasem słyszę słowa, że ktoś bluesa nie lubi, bo jest nudny, przestarzały itp. Teraz mam już gotową muzyczną odpowiedź na ten zarzut. Nawet Depeche Mode udowodniło w „Personal Jesus”, że rytm bluesowy świetnie wpada w ucho i doskonale łączy się z innymi gatunkami muzycznymi, nawet elektronicznymi, jeżeli oczywiście jest dobrze napisany.

 

Album zaczyna się od „Keep Your Eyes Peeled”. Przez pierwsze sekundy zastanawiamy się, czy nie włożyliśmy do czerwonego opakowania Pink Floyd. Na szczęście po odpaleniu gitary jesteśmy już pewni – nikt poza następcą Kyussa tak nie gra. Jest ciężko, niepokojąco i brudno. Zaraz potem następuje przebojowy „I Sat by the Ocean” z wokalem na pierwszym planie. Wydaje się, że zespół przywiązał dużą wagę do kolejności zamieszczania kawałków na płycie. Utwory parzyste są bardziej przebojowe, przeplatają się z balladami („The Vampyre of Time and Memory”) czy wolniejszym punk-rockiem („My God Is the Sun”). Jak wspomniałam, prawdopodobnie z utworami o parzystych numerach zaprzyjaźnimy się najszybciej. Trudno powiedzieć, że są lepsze, są bardziej przyjazne i nieco ciekawsze. A wieńczy je nr 10, czyli „...Like Clockwork”. Czytałam już na temat tego utworu wiele ochów i achów. Jest to ballada (nie wiem czy wypada użyć tego popowego słowa do tego dzieła) ozdobiona czystym, wysokim wokalem wydobywającym bogatą melodię i Queensową gitarą. Czy Gilmour nie powstydziłby się tej kompozycji (takie opinie też słyszałam), nie wiem, wypadałoby jego zapytać. Niewątpliwie im się to wybitnie udało. Ale nie wydaje mi się, że  bardziej niż reszta płyty. Utwór spełnia jednak ważne zadanie - zachęca do przesłuchania całego krążka jeszcze raz. Mi się to zdarzyło wielokrotnie. Nie pamiętam, żebym miała tak z innymi płytami. Zazwyczaj pierwsze przesłuchanie całego albumu jest trudne, wymaga skupienia i wysiłku. Tutaj wciśnięcie „play” jest najnaturalniejsze na świecie.

 

Na co zwrócić uwagę słuchając „… Clockwork”? Zdecydowanie na „If I Had a Tail”. Klimat utworu jest dokładnie tak frywolny jak słowa pierwszej zwrotki „Giuchie, Giuchie/Oh la la/Do run run/You won't get far” – śpiewany całkowicie od niechcenia, jakby ktoś Josha namówił na zaprezentowanie głosu przy stoliku barowym, ale niezwykle poważnie. Na albumie przekonujemy się, że Homme to wokalista wszechstronny i doświadczony. Typowo już bluesowy rytm zachęca do przytupania nogą tu i ówdzie. Z tego powodu odradzam słuchanie na słuchawkach w miejscach publicznych, ale czego się nie robi dla takiej przyjemności? Autor tekstów wydaje się zastanawiać jak to jest obcować ze złem. Sam mówi o płycie, że jest o tym, że czasem jest dobrze, a czasem wszystko potrafi się (mówiąc kolokwialnie) spieprzyć. Czy podpisał cyrograf z diabłem, aby stworzyć twór idealny? Tego się dowiedzieć nie możemy, natomiast mamy (mam nadzieję) bezpieczną okazję z takim tworem obcować. Na cudzą odpowiedzialność. Po „I Sat by the Ocean” idziemy dalej, dodajemy dwójkę i otrzymujemy (o dziwo) 4 – czyli kawałek o intrygującym tytule „Kalopsia”. Zaczyna się spokojnie i niepozornie. Pierwsze akordy nie zapowiadają tego z czym będziemy mieć do czynienia za chwilę. Jest beztroska i szczere (?) zapewnienia: „I never lie”. Początek przypomina kołysankę, która mogłaby tulić do snu dziecko Rosemary. Potem następuje mocne i krzykliwe „Oh why you so sad/What have they done?/Forget those mindless baboons/They're off playing God” i pytanie „Is it wonderful?”. Tak, to co słyszymy jest dokładnie takie. Łatwo się zatracić w mroku wydobywającym się z piekieł. Słuchając tego albumu bardzo chętnie balansujemy na granicy dobra i zła, możemy, w końcu to tylko muzyka jakiegoś amerykańskiego zespołu. Ale czy ktoś odważy się puścić ją od końca?

 

Kolejny „Fairweather Friends” to część dla młodzieży, ostrzegająca przed substancjami nielegalnymi. Tak dzieci, to tylko fałszywi przyjaciele! Wydaje się jednak, że Królowe od takich rzeczy nie stronią (może stronili?). Może to odpowiedź na pytanie, czemu człowiek traci tak często dane mu okazje? Jesteśmy tak słabi jak mocne są nasze nałogi. Ale to wszystko to „Smooth Sailing” czego dowiemy się w utworze kolejnym o takim właśnie tytule.

 

„I Appear Missing” to swoisty rachunek sumienia. Autor ogląda się w lustrze i nie podoba mu się to co widzi, wie, że nie wszystko ujdzie mu na sucho, mimo to pozostawia sobie margines nadziei: „One day I hope/I'm someone you'd met”. Ostatni utwór „…Like Clockwork” („…jak po maśle”) przewrotnie informuje, że nadzieję zazwyczaj są złudne, a „Most of what you see (…) Is worth letting go”. Następuje smutny i cichy moment zadumy, czyli po prostu koniec.

 

Nie mam pojęcia jak Wy zareagujecie na ciszę w głośnikach, ale ja z premedytacją wyruszam w tę muzyczną podróż jeszcze raz.

Podziel się treścią artykułu z innymi:
Wyślij e-mail
KOMENTARZE (0)
Brak komentarzy
PODOBNE TEMATY
Kim były "Żony SS-manów"?
Spoglądając na historię dostrzegamy głównie najważniejsze ...
„Znam taki kraj, którego ty nie znasz”
Nawet dorośli odkrywają w sobie małego odkrywcę. Dlatego ...
Barbara Hollender, Od Kutza do Czekaja. Wydawnictwo Prószyński i Spółka
Ponad półtora roku musieliśmy czekać na drugi tom esejów ...
Werwolf. Ostatni zaciąg Himmlera
Werwolf należy do tych organizacji powstałych w ramach III ...