Wykorzystujemy pliki cookies do poprawnego działania serwisu internetowego, oraz ulepszania jego funkcjonowania. Można zablokować zapisywanie cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki internetowej.
Data publikacji: 12.03.2019 A A A
Triumfalny powrót. Irena Santor znów zaśpiewała w Teatrze Syrena
Kinga Szafruga
Facebook: @MartaRzepkaPics, Instagram: @MartaRzepkaPics

To był wyjątkowy wieczór. Na scenie warszawskiego Teatru Syrena 5 marca br. swoje przeboje wyśpiewała Irena Santor. Pierwszej damie polskiej estrady towarzyszyło wzruszenie – czuła się tak, jakby wróciła do matecznika. Właśnie tam, pół wieku temu, w latach 60., występowała przez kilka sezonów, o czym wciąż przypomina fotografia wisząca w foyer.


Widzowie do ostatniej chwili szturmowali kasy teatru w nadziei na zdobycie biletów, ale niestety nie było na to szans. Zostały dawno wykupione, do ostatniego miejsca. Gdy artystka wyszła na scenę, wyznała szczęśliwcom, którym udało się dostać na koncert, że ma tremę większą niż zwykle, bo to dla niej powrót do domu. – Czuję się tak jak wtedy gdy przychodzili do nas do domu goście, a ja słyszałam: „Irenka, zaśpiewaj” – wyznała, a widzowie odpowiedzieli aplauzem. Obecność w tym wyjątkowym dla niej miejscu sprawiła, że wróciły wspomnienia. Zapowiadając kolejne piosenki, przywoływała osobowości estradowe, które przed laty spotkała w tym przybytku sztuki. Dziś ich fotografie, podobnie jak jej zdjęcie, zdobią teatralne foyer. – Przyszłam do Syreny, bo obiecywano mi rolę w musicalu, ale nie dostałam jej, bo w tym czasie żadnego tutaj nie wystawiano – zdradziła. Występowała za to w trzech programach, m.in. z Ireną Kwiatkowską, Kazimierzem Krukowskim, Kazimierzem Brusikiewiczem czy Tadeuszem Olszą. Nigdy nie żałowała spędzonego tutaj czasu, bo, jak twierdzi, mogła uczyć się trudnego zawodu estradowca, przyglądając się zza kulis wspaniałym artystom. Do tego grona należała też Hanka Bielicka, dla której autorytetem i wzorem była Hanka Ordonówna. Choć sama miała odmienne emploi, zachwycała się głosem, toaletami, osobowością swojej imienniczki. To właśnie jej utworem (ale nie tym najbardziej znanym) Irena Santor rozpoczęła niezwykły koncert. Podzieliła się potem z publicznością refleksją, że tekst refrenu: „Ja śpiewam piosenki, brzmią czułe dźwięki ludziom na pocieszenie...” autorstwa Juliana Tuwima ma dla niej ogromne znaczenie, ponieważ przekonuje, że to, co robi, jest potrzebne innym, daje im wytchnienie i otuchę.


Niedzielna kawa w Komorowie


Tego wieczoru artystka zabrała zgromadzoną publiczność w swoistą podróż – przez swoje życie zawodowe i repertuar, z którego wybrała kilka dawnych i większość nowych utworów z płyt nagrywanych w ostatnich latach. Tak na marginesie: choć media, delikatnie rzecz ujmując, raczej ich nie faworyzują, bo skupiają się na promowaniu młodych twórców, płyta „Kręci mnie ten świat” z 2010 r. zyskała status złotej. Ale wróćmy na scenę przy ul. Litewskiej 3, gdzie co kilka chwil rozlegały się gromkie brawa. Zapowiadając kolejne piosenki, artystka przytaczała anegdoty związane z ich powstaniem. Okazało się, że pani Irena nie tylko przepięknie śpiewa, ale też fantastycznie opowiada – zawodowi konferansjerzy odpadliby w przedbiegach w zetknięciu z jej naturalnością, niewymuszoną elegancją, finezją i dowcipem. Nie zabrakło też chwil wzruszeń. Na sali wypełnionej mieszkańcami stolicy musiały je budzić płynące z serca słowa artystki o tym, jak stolica podnosiła się z gruzów po wojennych zniszczeniach. Niedowiarki, czcze umysły plotą nam rozprawy, że na lewym brzegu Wisły nie ma już Warszawy.Ale byłam i widziałam, choć tęskniejsza, łzawa,choć nie taka, jak ją znałam, ale jest... Warszawa!


Te wersy, zaraz po wojennej hekatombie, w kabaretach na prawym brzegu Wisły, na Pradze, recytowała Mira Zimińska-Sygietyńska, współzałożycielka zespołu Mazowsze, w którym Irena Santor zdobywała muzyczne szlify. Już w tamtym czasie, gdy była solistką ludowego zespołu pieśni i tańca, poznała Wojciecha Młynarskiego. Podczas koncertu poświęciła mu wiele serdecznych słów. – Jego ciocia uczyła w Mazowszu solfeżu i zapraszała nas na niedzielną kawkę do swojego domu w Komorowie, to taki żabi skok od Karolina... Państwo sobie nie wyobrażają, ile to znaczyło dla nas, dziewcząt mieszkających w internacie – wspominała. Podczas tych spotkań między gośćmi krążył ośmioletni chłopczyk i bacznie się wszystkim przyglądał, tak jakby chciał każdego prześwietlić na wylot. Ta cecha bystrego obserwatora pozostała w nim na zawsze, dlatego potrafił pisać tak trafne teksty, idealnie pasujące do osoby, która je potem śpiewała. – Bardzo mi go brakuje – wyznała Irena Santor. I zapewniła, że będzie o nim zawsze pamiętała... Ze sceny zabrzmiało kilka utworów z jego słowami, m.in. „Szanowny panie Balzak” – piękna piosenka, z muzyką Jerzego Derfla, utrzymana w formie błyskotliwej polemiki artystki ze znanym pisarzem. Ostatnim tekstem, jaki napisał Wojciech Młynarski dla pierwszej damy polskiej estrady, był utwór o... starości. Nie jest jednak, wbrew temu, co zdaje się narzucać temat, tekst smutny ani przygnębiający, ale refleksyjny i optymistyczny, dowodzący, że starość to nie wiek, ale stan umysłu. Że starość to... wybór. Irena Santor zaśpiewanie takiej piosenki o jesieni życia uważała nie tylko za swoje prawo, ale też obowiązek. Tego wieczoru, jak zawsze, emanowała optymizmem i ciekawością jutra, co w pełni oddały wyśpiewane strofy. Podobnie jak refren innego utworu: „Jeszcze jeden świt, jeszcze jeden zmrok, przeszłam już tyle, zrobię jeszcze krok. Kręci mnie ten świat...”. – Te słowa świadczą o tym, jak dobrze Wojtek mnie znał – podsumowała piosenkarka.


Rockowy pazur


Widzowie przez ułamek sekundy mogli usłyszeć panią Irenę śpiewającą fragment refrenu „Mniej niż zero” czy „Jolka, Jolka, pamiętasz”. Dało się wyczuć rockowy pazur, a może raczej talent parodystyczny. Pretekstem stała się zapowiedź piosenki „W podróżach serca”, do której słowa napisał autor wspomnianych przebojów Andrzej Mogielnicki. Mama znanego tekściarza, gdy usłyszała ten utwór, rozpromieniła się i powiedziała: „Synku, nareszcie napisałeś ładną piosenkę”. Artystka uraczyła również publiczność opowieściami o tym, jak przez telefon namawiała Michała Rusinka (a znała go tylko z emitowanej w telewizji audycji o książkach) do tego, by napisał dla niej tekst o niej samej, czyli o... blondynce – i tak powstały błyskotliwe strofy o przepraszaniu. A Piotra Rubika i Seweryna Krajewskiego, z którymi los również nie zetknął jej wcześniej w pracy zawodowej, do skomponowania muzyki do jej piosenek. Niemałym zaskoczeniem był nieco odmienny od repertuaru, z którym wszyscy kojarzą panią Irenę, utwór: „Siedzisz obok, pytasz grzecznie”. Tekst napisał przed laty zmarły przedwcześnie poeta Ireneusz Iredyński uchodzący wtedy za obrazoburcę. Pełen dramatyzmu, nieco mroczny song jest wykrzyczaną, choć skrywaną pod maską obojętności, dojmującą tęsknotą za ukochanym.


Nie uległa pokusie


Artystka podczas koncertu prawie dwugodzinnego koncertu zaśpiewała kilkanaście piosenek. Gdy na kilka chwil zeszła ze sceny, w urzekającą podróż muzyczną zabierał widzów akompaniujący jej zespół – Mariusz Dubrawski (fortepian), Wojciech Ruciński (kontrabas) i Grzegorz Poliszak (perkusja). Swoje największe przeboje piosenkarka zachowała na finał. Zaraz po zapowiedzi hitów „Już nie ma dzikich plaż” czy „Tych lat nie odda nikt” i na dźwięk ich pierwszych taktów rozlegały się rzęsiste brawa. Gdy skończyły się bisy, publiczność zgotowała Irenie Santor owację na stojąco i kilka razy, niemilknącymi brawami, wywoływała ją zza kulis. Wszystkiemu przyglądał się wzruszony dyrektor Teatru Syrena, który dwie godziny wcześniej zapowiadał ten wyjątkowy koncert, a potem śledził jego przebieg. Dobrze, że pierwsza dama polskiej estrady nie uległa pokusie, którą odczuwała przed kilkoma godzinami, z czego zwierzyła się na początku koncertu. – Gdy dziś szłam do teatru, pomyślałam, że chyba powinnam odwołać ten występ. W głowie miałam zbyt dużo wspomnień. Jednak powiedziałam sobie, że ze wszystkim trzeba się zmierzyć. Także z upływającym czasem... – zdradziła. Patrząc na tę wybitną artystkę, wielką gwiazdę polskiej sceny muzycznej, i słuchając jej pięknego, dźwięcznego i czystego jak kryształ głosu, trudno oprzeć się wrażeniu, że wbrew temu, co głosiły słowa jednej z piosenek, czas nadal jest jej przyjacielem – pani Irena, która w tym roku świętuje sześćdziesięciolecie pracy artystycznej, cieszy się doskonałą kondycją. Oby to się jeszcze długo nie zmieniało, a widzowie, wśród których (wbrew pozorom) nie brakowało przedstawicieli młodszych pokoleń, mogli jeszcze wiele razy uczestniczyć w takiej muzycznej uczcie.

Podziel się treścią artykułu z innymi:
Wyślij e-mail
KOMENTARZE (1)
POLECAMY TEMATY
Prezentacja polskich filmów w ramach programu New Horizons' Polish Days Goes to Cannes na targach Marché du Film
W ramach współpracy Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej i Stowarzyszenia ...
Premiera Driftland: The Magic Revival!
Na komputery PC trafiła właśnie debiutancka produkcja studia ...
Kolejny sukces polskiego kina!
„Krew Boga” - najnowszy film Bartosza Konopki, został zakwalifikowany ...
Reaktywowany DESTROYERS pracuje nad nową płytą
Legenda polskiej sceny heavy i thrashmetalowej - założona w ...