Wykorzystujemy pliki cookies do poprawnego działania serwisu internetowego, oraz ulepszania jego funkcjonowania. Można zablokować zapisywanie cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki internetowej.
Data publikacji: 27.05.2013 A A A
Jestem pisarzem niszowym
NATALIA LECH
Fot. Materiał prasowy

O Konradzie Lewandowskim mogłabym z pewnością powiedzieć, że jest autorem nieprzeciętnym, bezkompromisowym i niezwykle oczytanym. Odpowiedział na nasze pytania związane z “Perkalowym dybukiem”, mistyką żydowską, stereotypach i tolerancji.


Natalia Lech: Skąd pomysł na wplątanie głównego bohatera w zagadkę związaną z mistyką żydowską? Wnioskuję na podstawie utworu, że ma Pan o niej szeroką wiedzę. Czy przygotowywał się Pan w tym kierunku na potrzeby utworu, czy może miało na to wpływ osobiste zainteresowanie metafizyką?

 

Konrad Lewandowski: Szukałem sposobu na atrakcyjne przedstawienie przedwojennej Łodzi, ponieważ wydawca chciał aby kolejna książka o przygodach nadkomisarza Drwęckiego działa się właśnie w tym mieście. Najciekawsze rzeczy, które wtedy znalazłem o Łodzi dotyczyły właśnie kultury żydowskiej i w tym kierunku poszedłem, pogłębiając temat. Wcześniej kulturą żydowską interesowałem się na tyle, że generalnie wiedziałem czego i gdzie szukać, aczkolwiek sztuka "Dybuk" Anskiego była dla mnie odkryciem - stąd mój dybuk. W ramach przygotowań przeszedłem się na to przedstawienie do Teatru Żydowskiego w Warszawie. Moje zainteresowania filozoficzne akurat nie miały w tym żadnego udziału.

 

N.L.: Dlaczego aż tak krytycznie przedstawił Pan międzywojenną Łódź? Zaimponowały mi opisy topograficzne miasta, choć nie dostrzegłam jego pozytywnych stron... Wydawać by się mogło, że miejsce współżycia mniejszości niemieckiej, rosyjskiej i żydowskiej z więszkością polską było czymś wyjątkowym na skalę europejską.

 

K.L.: Trzymałem się realiów, które właśnie takie były, a nawet gorsze. Łódź nie przypadkiem była nazywana "Złym Miastem" -zadymionym, chaotycznym, tonącym w wiecznym smogu, o wręcz darwinowskich stosunkach społecznych i ponadprzeciętnym rozwarstwieniu ekonomicznym. Dziewczęta z robotniczych rodzin z zasady nie chodziły do kawiarni z powodu biedy - rzecz nie do pomyślenia w proletariackich dzielnicach Warszawy czy Katowic, gdzie był to zwykły niedzielno-randkowy obyczaj. Świadectwa z epoki nie pozostawiają tu żadnych złudzeń, jak choćby powiedzonko, że Księżyc w Łodzi nie świeci, tylko filuje, czyli kopci... Cztery kultury owszem były, ale osobne, wręcz sobie wrogie. Charakterystyczny był fakt, że przedstawienia teatralne, które odniosły sukces w Warszawie, w Łodzi padały. Mawiano więc, że w Łodzi najkulturalniejszymi mieszkańcami są pająki, bo całe ich pokolenia żyją w lożach teatralnych… Miałem z tym naprawdę duży problem, jak zachować wierność realiom i nie odstraszyć łódzkiego czytelnika? Postanowiłem zatem spojrzeć na Łódź oczami Juliana Tuwima, który na przekór wszystkiemu widział w Łodzi baśniowy Bagdad. Niestety, nie zostało to docenione. W Łodzi oczekiwano laurki – cukierkowego mitu „czterech kultur” bez oglądania się na fakty...

 

N.L.: Dlaczego w tytule książki pojawia się dybuk, a w samej treści monstrum okazuje się golemem? Jak rozumieć ten zabieg?

 

K.L.: Nie jest to fantastyka tylko kryminał, więc ani jeden ani drugi stwór nie jest rzeczywisty. Dybuk mnie wstępnie zainspirował, pomysł z golemem nasunął się gdy poznałem bliżej subkulturę łódzkich tragarzy. Oba były ciekawe, żal było z któregoś zrezygnować, więc tak splotłem fabułę, aby dybuk okazał się wspólnikiem golema…

 

N.L.: Dlaczego Drwęcki spotyka się ze znanymi postaciami międzywojennej Polski? Pracuje Pan nad biografiami osób przygotowując ich przedstawienia w utworach?

 

K.L.: To jest pomysł na zbudowanie postaci wykorzystywany już od początku całego cyklu. Miałem pokazać międzywojenną Warszawę, a najlepiej było to zrobić włączając głównego bohatera w towarzystwo bywalców z kawiarni „Ziemiańskiej”. Szczególnie wiele uwagi poświęciłem Franciszkowi Fiszerowi, a to z racji wspólnych zainteresowań metafizyką – pokusiłem się o odtworzenie legendarnych fiszerowskich tyrad, których nikt nigdy nie zapisał, poza wzmiankami, że były genialne. Zrobiłem to w „Elektrycznych perłach”. Aby przywrócić pamięć o tym niezwykłym oryginale i anegdotyście od czterech lat w rocznicę śmierci składam na jego grobie bukiet plastykowych śledzi, bo jak powiedział Fiszer, zapytany przez pewnego profesora ichtiologii czy zna systematykę śledzi: „śledź, drogi panie, jest rybą z rodziny zakąsek!” Drugi jest Julian Tuwim, w całym cyklu bliski przyjaciel rodziny Drwęckich, w którego poezji wielokrotnie szukałem inspiracji fabularnych, że wspomnę szklaną lokomotywę z „Elektrycznych pereł” i pomysł Łodzi-Bagdadu z „Perkalowego dybuka”. Tuwim jest naprawdę dobrym symbolem jedności kultur polskiej i żydowskiej. Jego życiorys uświadomił mi jak głębokie było przenikanie tych kultur. Stąd np. w „Magnetyzerze” pomysł żydowskiego orszaku ślubnego z klezmerem śpiewającym o zaletach panny młodej jako „polskiej dzieweczki”. Paweł Dunin Wąsowicz, który był moim najważniejszym konsultantem w zakresie przedwojennych warsawianów, wtedy zaprotestował, stwierdził że popłynąłem z wizją literacką, tak nie mogło być. Siedzieliśmy akurat w pubie, więc Paweł złapał telefon i zadzwonił do redakcji „Midrasza” by nas rozsądzono – i wyszło na moje.

 

N.L.: Doskonale ośmiesza Pan stereotypy i antysemityzm międzywojennej rzeczywistości. Czy część z nich przetrwała, a może należą one już tylko do przeszłości?

 

K.L.: Międzywojenny antysemityzm znacznie różni się od współczesnego, który żydostwo utożsamia z komunistyczną bezpieką i antypolonizmem amerykańskich Żydów. Ówczesny był w dużej mierze oswojony, czasami wręcz poczciwy, jak z ten anegdoty o żydowskim sprzedawcy gazet, który miał w ofercie pisemka endeckie i zapytany dlaczego handluje takimi antysemickimi paszkwilami odpowiedział: „Aj, aj, skoro ja mam z nich po 10 groszy od sztuki, no to one już takie antysemickie nie są…” Współczesnym antysemityzmem nie mógłbym się tak bawić, jest zbyt neurotyczny i prymitywny. Tu trzeba edukacyjnej łopatologii, na przykład zaperzonego narodowca postawić przed takim oto faktem, że sto lat po przyjęciu Żydów do Polski przez króla Kazimierza Wielkiego staliśmy się europejskim mocarstwem…

 

N.L.: Mimo głównego wątku, losów Drwęckiego, odnalazłam w treści historię o nietolerancji, uprzedzeniach i niezrozumieniu... Uważa Pan, że Polacy są dzisiaj bardziej tolerancyjni niż w czasach o których Pan pisze?

 

K.L.: Współcześni antysemici mają obsesję Żyda ukrytego, który się podszywa i szkodzi. Kiedy więc spotykają Żyda w jarmułce, otwarcie manifestującego swoją tożsamość od razu schodzi z nich dwie trzecie pary. Cała reszta to kwestia chuligańskiej agresji wobec inności, która nie ma nic wspólnego z antysemityzmem – sam się parę razy w życiu musiałem bić bo zaczepiano mnie z powodu długich włosów czy oryginalnego naszyjnika. Jak sięgam pamięcią Polacy byli bardziej tolerancyjni w latach 80. XX wieku niż teraz, ale to jest bardziej kwestia polityki niż stereotypów. Oddzieliłbym to też od politycznej poprawności, której zwolennicy nadgorliwie tropią antysemitów i gotowi są uznać za takowy sam brak filosemityzmu.

 

N.L.: To pytanie zadaję każdemu rozmówcy. Twórcy umieszczają wątki związane z kulturą żydowską, bo obecnie jest na nią moda, można na niej zarobić. Dostrzegł Pan to zjawisko? Jakie są Pana zdaniem tego przyczyny?

 

K.L.: Niewątpliwie jest to pewien konformizm, oportunistyczny trend by „brać Żydów pod włos, bo mają kasę” i czasem efekty tego są po prostu niesmaczne, przypominają jakieś serwituty, schlebianie antypolskim stereotypom, podobno obecnym w Ameryce. Na przykład, w filmie Agnieszki Holland „Europa, Europa” jest scena dziejąca się we wrześniu 1939, w której żydowski żołnierz w polskim mundurze mówi, że nie mógł walczyć, bo „dla Żydów nie było broni” – scena zbędna, nieprawdziwa i obraźliwa dla Polaków. Po co się tam znalazła? Co wnosiła? Co miała załatwić? Tak jak cenię sobie kulturę polskich Żydów i od lat mówię, że jest mi ich po prostu brak, bo gdyby oni wciąż żyli ja byłbym ciekawszym pisarzem, tak też i nie zamierzam udawać, że nie widzę filosemickiego serwilizmu i nie podoba mi się to. Taka postawa nakręca antysemityzm, wytrąca argumenty podczas dyskusji z antysemitami i odpycha od traktowania żydowskiej kultury jako części własnego dziedzictwa. Psuje to też moją robotę gdy np. w powieści o powstaniu styczniowym „Orzeł bielszy niż gołębica” przypominam, że w tamtej epoce patriotyzm polskich Żydów był nie do podważenia, że wspomnę rabina Dow Ber Meiselsa i Michała Landy.

 

N.L.: Jak Pan siebie sytuuje na polskim rynku literatury?

 

K.L.: Jestem pisarzem niszowym. Odwołuję się do rozumu podczas gdy polscy czytelnicy wolą proste emocje, do historii choć czytelnicy wolą historie współczesne i do fantastyki choć wyobraźnia wśród moich rodaków nie jest w cenie. Napisałem 30 książek, jako filozof stworzyłem dwie teorie naukowe i jeżeli za to zostanę nagrodzony niepamięcią, to nie ja zamierzam się wstydzić.

 

N.L.: Czy są szanse na to, że w przyszłych utworach wróci Pan do mistyki żydowskiej?

 

K.L.: Cały czas sięgam do tej tradycji, korzystam z niej na bieżąco. Choćby w moich ostatnich książkach, np. w „Diabłu ogarek. Kolumna Zygmunta” - powieści fantasy, której akcja dzieje się w Polsce XVII wieku – występuje tam żydowska czarownica Macha - postać pozytywna, wspomagająca głównego bohatera swoimi czarami rodem z Kabały oraz sarkastycznym dowcipem, albo w „Anioły muszą odejść”, gdzie autentyczna Matka Boska objawia się jako żydowska dziewczyna z warszawskich Nalewek.

 

N.L.: Serdecznie dziękuję. A naszych czytelników zapraszamy do lektury “Perkalowego Dybuka” i wcześniejszych przygód komisarza Drwęckiego, co również sama zamierzam uczynić.

 

Wywiad został opublikowany na stronie Stowarzyszenia Beit Lubsko, www.beit.lubsko.pl, partnera portalu Kulturownia.pl

Podziel się treścią artykułu z innymi:
Wyślij e-mail
KOMENTARZE (1)
PODOBNE TEMATY
Na nudę nie narzekam, nienawidzę siedzieć w miejscu
Michał Kowalski - model, aktor, działacz społeczny i student ...
Agata Kulesza bez make-upu. Czy łatwo grać zakonnicę?
„Kiedy przebierałyśmy się w habity i welony, było w tym ...
Wywiad z Magdaleną Kubasiewicz, autorką powieści „Spalić wiedźmę”
„Tak naprawdę najwięcej pomysłów przyszło mi do głowy ...