Wykorzystujemy pliki cookies do poprawnego działania serwisu internetowego, oraz ulepszania jego funkcjonowania. Można zablokować zapisywanie cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki internetowej.
Data publikacji: 17.06.2013 A A A
Teatr w świecie Facebooka
ROZMAWIAŁA KARINA BONOWICZ
Fot. J.Jaworski. Źródło: materiał prasowy

O tym, dlaczego na spektakle dla dzieci powinni przychodzić także dorośli i dlaczego warto czasem wyłączyć komputer i odłożyć komórkę z Adamem Biernackim, reżyserem „Pippi Pończoszanki” Astrid Lindgren w Teatrze im. Wilama Horzycy w Toruniu rozmawia Karina Bonowicz.


Dlaczego z tylu rewelacyjnych powieści dla dzieci wybrałeś właśnie „Pippi Pończoszankę”? Co takiego w niej znalazłeś, że postanowiłeś przenieść ją na scenę?

 

Od początku postanowiliśmy, że nie robimy bajki, tylko spektakl dla dzieci. To nie jest „Kopciuszek” czy "Jaś i Małgosia". W tym wypadku mamy do czynienia z prawdziwą powieścią, która ma swoją dramaturgię i wiele samodzielnych wątków. Nie chcieliśmy też budować tej adaptacji tak, że ma być tylko „kolorowo i wesoło”. Kolorowo i wesoło będzie i tak, ale ta „wesołość i kolorowość” zbudowana jest na czymś ważniejszym. Postaci w sztuce mają bowiem swoją konkretną historię. Nie bajeczkę, ale historię prawdziwych ludzi. Ta powieść jest ciekawa dlatego, że Pippi wchodzi do nas ze swoim światem, zupełnie innym niż nasze normalne życie i wszystko burzy, choć robi to zupełnie nieświadomie. Nie jest złośliwa w tym, co robi. I to jest najciekawsze w tym tekście.

 

Jak wyglądała praca nad tekstem? Jak przenieść tak obszerną powieść na scenę, żeby zmieściła się w półtoragodzinnym spektaklu?

 

Na szczęście, adaptację miałem już przygotowaną przez wyspecjalizowaną agencję. Dostałem do ręki połączenie dialogów zarówno z książki, jak i z filmu. Razem stanowiło to „magmę” niepowiązanych wydarzeń, nie tworzących dramaturgii. Dlatego nasza praca polegała na zbudowaniu zrozumiałych i spójnych historii. Zaczynamy więc od tworzenia świata Pippi, która wymyśla siebie. Zaczyna budować swój fantazyjny świat mocą własnej wyobraźni. Wciąga do niego kolejne dzieci – Tommy’ego i Annikę – a potem wychodzi z nim do innych ludzi. Idzie do szkoły, na przyjęcie i tam okazuje się, że jej rzeczywistość nie przystaje do rzeczywistości  innych ludzi. Właśnie na tym zderzeniu dwóch światów, dwóch estetyk, budujemy dramaturgię. Zbudowane w tym momencie konflikty narastają aż do kulminacji.

 

Co można tym spektaklem powiedzieć o współczesności? O dzisiejszych dzieciach i dzisiejszych dorosłych?

 

Głównym tematem przedstawienia jest opowieść o tym, jak w codziennym życiu wchodzimy w schematy. Żyjemy w nich i wydają się nam one czymś zupełnie normalnym. Wręcz nie wyobrażamy sobie funkcjonowania poza tymi schematami, normami i rytuałami, a gdy ktoś wchodzi i je obnaża, wtedy najczęściej reagujemy agresją. Nasz spektakl ma zachęcić do tego, aby szukać w swojej głowie ukrytego dziecka i przez „bycie dzieckiem”, czyli bycie otwartym, optymistycznym, pełnym pomysłów, funkcjonować w codzienności. To jest to, czego Pippi uczy bohaterów. I nas też.

 

Twój spektakl jest bardziej dla dzieci czy dla dorosłych? Wcześniej realizowałeś „Piaskownicę” Michała Walczaka, której akcja, choć dzieje się w piaskownicy a jej bohaterami są przedszkolaki, jest tak naprawdę historią o dorosłych.

 

W „Piaskownicy” istnieje w zasadzie podobny świat. Dorośli, którzy pojawiają się w opowieści o Pippi, grają dorosłych, a Pippi uwalnia w nich demony, czystą złość za niszczenie ich ułożonego światka. Ale gdy ta zbudowana przez nich pieczołowicie, skostniała konstrukcja wreszcie runie, są zmuszeni spojrzeć na świat z zupełnie innej perspektywy i budować go od
podstaw. W takim momencie stają się na nowo jak dzieci. Dlatego nasz spektakl nie jest przeznaczony wyłącznie dla najmłodszych. Co prawda, znajdą w nim oni mnóstwo muzyki, zabawy i żartobliwych gagów, ale - i to jest to, czym spektakl będzie się różnił od zwykłej bajki – każdy bohater opowie im swoją własną historię. Jest tu na przykład postać mamy, wychowującej bardzo ostro swoje dzieci, która uczy się od Pippi jak być fajną mamą. Albo postać nauczycielki, która dowiaduje się, że warto rozmawiać z uczniem. To są tematy dla dorosłych, ale nie są one obce dzieciom. Dziecko zrozumie, o czym jest scena, ale dorosły też coś z tego dla siebie wyniesie.

 

Mimo radosnego przesłania, w spektaklu poruszane są trudne tematy, z którymi także dzieci muszą się mierzyć. Mama Pippi jest w niebie, a tata jest piratem, ale czy pod tą informacją nie kryje się przypadkiem smutna prawda, że mama nie żyje, a tata po prostu odszedł?

 

Dokładnie tak wygląda ta historia. Ta smutna rzeczywistość jest ukryta w podtekście, a sytuacja Pippi jest tragiczna. Dlatego ten spektakl tyle mówi o tym, jak istotny jest właściwy stosunek do świata. Mówimy tą sztuką: „nawet gdy spotyka nas tragedia, jesteśmy smutni i chcemy płakać, to nie warto tego robić, bo tak naprawdę szkodzimy sami sobie”. Najlepiej jest znaleźć dobre strony każdej sytuacji. To, że ktoś nie żyje, to nie znaczy, że go już nie ma. On wciąż żyje w naszej głowie i możemy się z nim kontaktować. Może też dawać nam siłę. Pippi mówi o tym wszystkim, zaskakując nas swoim podejściem do życia.  Bo to, co jest fajne w Pippi, to fakt, że nie jest to infantylny tekst. Nie opowiadamy, że mama jest kiczowatym aniołkiem w niebie, ale że mama żyje i czuwa nad Pippi. Oczywiście interpretacja i sposób rozumienia tego jest osobistą sprawą widza, ale kluczową kwestią dla Pippi jest przekonanie, że „tata jest i jeżeli tylko będę wystarczająco długo o tym marzyła, to do mnie
wróci”. Pippi pokazuje, że wydarza się to, co sobie wymarzysz, jeżeli tylko wystarczająco mocno tego chcesz.

 

Twój spektakl daje ogromne pole do popisu dla scenografów i kostiumologów. Daliście się ponieść scenograficznemu szaleństwu?

 

Razem ze scenografką, Joanną Jaśko-Sroką, jak i projektantką kostiumów, Iloną Rechnio, zdecydowaliśmy się na estetykę odbiegająca od „domowego przedszkola”. Nie robimy pstrokatych domków, infantylnych łatek i wycinankowych słoneczek. Pippi trafia do Willi Śmiesznotki, która na początku przypomina strych z pajęczynami. Nie jest to przestrzeń kojarząca się z radością. Dopiero poprzez zabawy, które tam się odbywają, strych zaczyna się zmieniać, nabiera kolorów. Na całość poszliśmy za to z video-projekcjami. Scenografię zamyka bowiem ogromna dziura w ścianie i widzimy przez nią, jak ten świat wokół Pippi się zmienia. To wnętrze „pracuje” razem z aktorami. To nie jest dekoracja, ale właśnie scenografia ewoluująca w trakcie rozwijania się historii.

 

Dla kompozytora hejnału Katowic muzyka musi mieć na pewno duże znaczenie. Jak wyglądało to w przypadku „Pippi Pończoszanki”?

 

Początkowo mieliśmy duży problem, bo nie dostaliśmy zgody na piosenki. Nie mogliśmy włączać własnych osobnych utworów, trzeba było więc kombinować. Ogromną pomocą była dla mnie Kasia Brochocka, z którą już wcześniej pracowałem i znałem jej możliwości. Ona naprawdę zaszalała i powstała seria znakomitych etiud muzycznych. Mamy więc etiudy inspirowane np. slapstickiem, czyli początkami kina w stylu Charliego Chaplina. Zabawy dzieci pokazujemy przy właśnie takiej ilustracji muzycznej, aby przypomnieć, że ktoś już kiedyś wymyślił atrakcyjne rozrywki dla dzieci. Można bawić się inaczej, a nie tylko elektroniką i grami komputerowymi, bo nawet w pniu wielkiego drzewa kryje się tajemnica. Trzeba się tylko trochę wysilić. O tym też jest ten spektakl.

 

Wiesz, o czym mówisz, bo masz doświadczenie w pracy instruktora teatralnego. Jak wygląda proponowanie teatru dzieciakom, które są już tym pokoleniem, które nie zna świata bez Internetu?

 

Największym problemem, jaki zauważam w tym pokoleniu, jest to, że mimo iż mają Internet, to on ich w ogóle do siebie nie zbliża. Jeszcze kilka lat temu dzieciaki intensywniej uczestniczyły w zajęciach, przychodziły na każde kolejne z nowymi pomysłami. A teraz mają Facebooka, Google, maile i tam właściwie żyją. Na przestrzeni zaledwie kilku lat doszło do kuriozalnej sytuacji, że dzieci nie umieją już ze sobą rozmawiać w realnym świecie. Jest też duży problem, by je zmobilizować do kreatywnego myślenia, bo dla nich łatwiej jest wejść do Internetu i sprawdzić. Ale z drugiej strony, kiedy już uda się je przekonać do większej kreatywności, to mogą naprawdę zaskoczyć. Jak już otworzy się w ich głowach odpowiednie okienko, to potrafią być bardzo efektywne. Niemniej jednak to wciąż orka na ugorze. Z dziećmi w ostatnich latach stało się coś bardzo dziwnego, nie potrafię nawet sprecyzować co dokładnie. Może jednak, kiedy przyjdą obejrzeć naszą „Pippi” to wpadną na to, że można jednak odłożyć na chwilę komórkę i przeżyć przygodę z prawdziwymi przyjaciółmi w realnym świecie.

Podziel się treścią artykułu z innymi:
Wyślij e-mail
KOMENTARZE (0)
Brak komentarzy
PODOBNE TEMATY
Na nudę nie narzekam, nienawidzę siedzieć w miejscu
Michał Kowalski - model, aktor, działacz społeczny i student ...
Agata Kulesza bez make-upu. Czy łatwo grać zakonnicę?
„Kiedy przebierałyśmy się w habity i welony, było w tym ...
Wywiad z Magdaleną Kubasiewicz, autorką powieści „Spalić wiedźmę”
„Tak naprawdę najwięcej pomysłów przyszło mi do głowy ...