Wykorzystujemy pliki cookies do poprawnego działania serwisu internetowego, oraz ulepszania jego funkcjonowania. Można zablokować zapisywanie cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki internetowej.
Data publikacji: 17.07.2013 A A A
Nie, nie starzeję się. Wracam do korzeni.
ROZMAWIAŁ RADOSŁAW NAWORSKI
Na zdjęciu Ryszard Wolbach podczas koncertu w ramach Dni Twórczości z 9thFLOOR. Fot. Kulturownia.pl

To postać dobrze znana polskiej publiczności. Występuje od końca lat siedemdziesiątych. Przez ten czas zdążył zagrać setki koncertów i być obecnym na wielu wydawnictwach albumowych. Jest współzałożycielem zespołów Babsztyl i Harlem. Występował m.in. na Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu, oraz Pikniku Country w Mrągowie. Współpracował z braćmi Cugowskimi, Grażyną Łobaszewską, Maćkiem Balcarem, Tadeuszem Nalepą, Edytą Geppert, Hevią i wieloma innymi. Ostatnim jego dokonaniem jest płyta „Wielki dzień”, która jest pierwszym albumem nagranym autorsko, a która jak sam mówi jest spełnieniem jego marzeń muzycznych. Rozmawialiśmy z Ryszardem Wolbachem - wokalistą, muzykiem, autorem tekstów i muzyki.


KULTUROWNIA: Jesteś wiele lat na scenie muzycznej. Współpracowałeś ze znakomitymi nazwiskami polskiej muzyki rozrywkowej. Zagrałeś mnóstwo koncertów, widziałeś wiele, znasz scenę muzyczną od podszewki. Powiedz czego się przez te lata nauczyłeś, czego doznałeś, jakie mądrości dotarły do Ciebie i co chciałbyś zmienić, gdybyś mógł?

 

RYSZARD WOLBACH: W tym roku obchodzę 35-lecie swojej obecności na polskiej scenie muzycznej. Gwoli przypomnienia: w końcu lat 70-tych przyczyniłem się do powstania zespołu Babsztyl, który ze studenckiej formacji uprawiającej radosną i spontaniczną działalność w kategorii tzw. „piosenki turystycznej” przekształcił się w czołową w Polsce  grupę oscylującą w kierunku progresywnej muzyki „country-rock”. Z tego okresu pozostały piosenki” Hej, przyjaciele”, „W siną dal” czy „Kiedy góral umiera”. W latach 90-tych byłem współzałożycielem kultowej do dziś formacji rockowej Harlem. Z tego okresu pochodzą takie utwory jak „Kora”, „Jak lunatycy” czy choćby „5:30”, którą z resztą Wojciech Mann nazwał jedną z piękniejszych ballad rockowych, jakie powstały w okresie minionego stulecia w Polsce. Te lata spędzone aktywnie na polskiej scenie muzycznej nauczyły mnie pokory i konsekwencji. Wiem, że u podstaw funkcjonowania rockowego bandu leżą: permanentna praca nad repertuarem, promocją dokonań zespołu oraz doprawdy wyjątkowy upór i „skóra nosorożca”, która ochroni twórców przed zawiścią czujnej branży i bezdusznych, zmanierowanych mediów. Oczywiście tak jak większość twórców poszukujących w swych działaniach muzyki ambitnej z wartościowym przekazem życzyłbym sobie aby do radia i telewizji wróciła muzyka niosąca w sobie profesjonalnie zagrane i zaśpiewane piosenki z mądrym, poruszającym tekstem. Tęsknie do tzw. programów autorskich, gdzie można było szeroko i uczciwie zaprezentować artystę i jego dzieło.

 

Jeśli mógłbyś zagrać kiedyś z wymarzonym dla Ciebie muzykiem (a może wcale nie będzie to muzyk), kim by on był, dlaczego i co chciałbyś z nim stworzyć?

 

Takich artystów jest oczywiście mnóstwo. Wszyscy pozostawili w moim sercu trwałe piętno, ukształtowali moje gusta muzyczne, sposób myślenia w sferze kompozycji i przekazu. Jeśli już musiałbym kogoś wyróżnić to wskażę na trzech śpiewających gitarzystów, kompozytorów i producentów: J.J. Cale, Eric Clapton oraz Mark Knopfler. Ta trójka wybitnych artystów wywarła największy wpływ na mój sposób komponowania, aranżowania i zaśpiewania piosenki. Użyłem tu z premedytacją słowa „piosenki”, bo ich utwory to piękne, melodyjne, mądre i pełne charyzmy piosenki. W moim artystycznym życiu spotkałem wielu znakomitych ludzi. Miałem ogromną przyjemność oraz zaszczyt współpracować z takimi artystami jak: Krzysztof Cugowski, Piotr i Wojtek Cugowscy, Edytą Geppert, Arturem Gadowskim, Januszem Radkiem, Grażyną Łobaszewską oraz z wieloma, naprawdę wieloma fajnymi ludźmi, ale najwięcej radości i satysfakcji przyniosła mi współpraca z hiszpańskim dudziarzem Hevią, który na moją najnowszą płytę „Wielki Dzień” wniósł wiele uśmiechu i asturyjskiego słońca.

 

Jakie wydarzenie muzyczne było w Twoim życiu tym przełomowym, które dało Ci do myślenia, zrodziło bakcyla „muzykowania” i sprawiło, że jesteś „tym” Ryszardem Wolbachem?

 

Rejestruję w pamięci dwa wydarzenia, które miały duży wpływ na moje dalsze muzyczne losy. Pierwszym z nich był koncert zespołu Breakout w kinie „Słońce” w Inowrocławiu. Tadeusz Nalepa (z którym również miałem później wielką przyjemność współpracować) wraz z Mirą Kubasińską oraz Józkiem Skrzekiem na basie wrócili wtedy z koncertów w Holandii. Przywieźli stamtąd nie tylko wielkiej mocy, białe Marshalle, ale również powiew mocnej i niezwykle głośnej muzyki spod znaku hardrocka. Wtedy pokochałem całym sercem muzykę nie tylko zespołu Breakout, ale i Led Zeppelin, Deep Purple, Jimi Hendrixa i Janis Joplin.

Drugim wydarzeniem, które wstrząsnęło moją rockową już wtedy duszę była seria koncertów SBB, których byłem naocznym świadkiem. To genialne trio (Skrzek, Lakis i Piotrowski) trafiło mnie prosto w serce. Wtedy zrozumiałem, że prawdziwa muzyka polega również na genialnej improwizacji.

 

Czym jest dla Ciebie projekt „Kolory nadziei” a w szczególności Twój wkład - „Wielki dzień”? Zaryzykuję stwierdzenie, że nie jest to kwintesencja Ciebie, jakiego znamy z wcześniejszych dokonań choćby w zespole Harlem.

 

Zawsze marzyłem o tym by nagrać swoją solową płytę. Szczególnie „kręciła” mnie perspektywa stworzenia tzw. koncept albumu. Projekt „Kolory Nadziei” stworzył taką szansę. Napisałem 14 piosenek, które w założeniu stanowią zwartą, konsekwentną historię człowieka, który będąc na samym życiowym dnie szuka impulsów, informacji i zdarzeń, które mogą mu pomóc w wyjściu z tej trudnej sytuacji. Stąd ta zróżnicowana stylistycznie lecz szalenie dookreślona w swoim przekazie płyta. Gośćmi na niej są: bardzo ciepła w swojej barwie wokalu Beata Bednarz oraz wspomniany już wcześniej wirtuoz dud - Hevia. Całość zrealizowałem w Olsztyńskim studio pod czujnym okiem, raczej uchem mojego serdecznego przyjaciela Rysia Szmita. Swoją drogą spotkałem się już z opinia, że większość utworów zawartych na tej płycie jest bardziej „harlemowa”, niż ostatnia płyta zespołu, który opuściłem 5 lat temu.

 

Jak z perspektywy człowieka, któremu jest bliżej do muzyki nacechowanej emocjami, naszpikowanej poetyckimi tekstami, liryką, człowieka grającego na klasycznej gitarze dla wielbicieli m.in. poezji śpiewanej wygląda dzisiejsza muzyka rozrywkowa?

 

Ktoś kiedyś powiedział „wszystko płynie”. Nieubłagany czas pędzi jak bolid Formuły 1 i zmieniają się zarówno odbiorcy jak i media, które oskarżam o potężne spustoszenie, jakie dokonało się w kryteriach odbioru muzyki rozrywkowej ostatnimi czasy. Przykro mi, że muzyka ambitna, wartościowa kierowana do wrażliwego odbiorcy zeszła praktycznie do podziemia. Dobrze, że mamy internet, gdzie można „wydłubać” przy odrobinie dobrej woli i czasu dokonania artystów niezależnych, spoza tzw. mainstreamu medialnego. To kuriozalnie szansa dla muzyki dobrze wyprodukowanej, przemyślanej i oryginalnej w sferze pomysłu, przekazu i wykonania. Zawsze dla mnie ważne były osobowość i charyzma artysty. Nigdy nie przekonam się do gołych tyłków, plastikowych biustów i infantylnych głosików współczesnych gwiazdeczek show biznesu. Z resztą każda konfrontacja tych „przesłodzonych potworów” z prawdziwą estradą i widownią kończy się w znakomitej większości katastrofą.

 

Nie rwiesz włosów z głowy i pomstujesz nad upadkiem wartości i brakiem gustu dzisiejszej „młodzieży”? Nie razi Cię słaba jakość tego, co można usłyszeć w przeciętnym polskim radio? Nie wspominasz lepszych czasów, kiedy „...tam królował blues”?

 

W klubie Puls a i owszem grywałem. W ogóle w śląskich klubach panowała ta specyficzna, sprzyjająca bluesowi atmosfera. Fajni ludzie, fajne klimaty i ta rzeka browarków. Czy to kiedyś powróci? Tęsknię do muzycznych klubów, gdzie można słodko „podżemować”, pogadać ciekawie o muzie i poznać ciekawych ludków. Gdy wspominam tamte czasy łezka się w oku kręci. Swoją drogą popatrując na nasz siermiężny show biznes wciąż powraca do mnie ta sama refleksja. Żyjemy w kraju, gdzie artysta musi bez przerwy od nowa udowadniać, że jest artystą. Nic to złote płyty, tysiące zagranych koncertów, wylansowane przeboje. Znikasz na rok i ciebie na rynku już nie ma. Słabe to jakieś i niesprawiedliwe.

 

Jak z perspektywy czasu oceniasz widowisko muzyczne „Kolory nadziei„? Czy uważasz ten projekt za udany? Czy dotarliście do publiczności i jak zostaliście zrozumiani? Jak wg Ciebie wypadł on na tle innych rock – oper?

 

W kategorii pomysłu, realizacji i co najważniejsze wykonania duże spoko. Spektakl bezbłędnie dociera do ludzi, którzy potrzebują sugestywnej informacji: jak być szczęśliwym. Atakujemy słowami  piosenek, dynamicznymi inscenizacjami tanecznymi, światłem i bardzo przemyślaną wizualizacją. Starannie dobrani wykonawcy stworzyli urzekający spektakl, który działa na wyobraźnię i ewidentnie porusza widza. Muzyka, którą stworzył młody kompozytor Kamil Szafraniec (również autor tekstów) otwiera wielkie możliwości dla zespołu tanecznego Alternatywny Teatr Taca LUZ z Siedlec. Nieskromnie wspomnę, że napisane przeze mnie piosenki brzmią w ustach takich wybornych wykonawców jak Piotr Cugowski, Michał Rudaś czy Kalina Kasprzak znakomicie. Należy podkreślić brawurowe kreacje demonicznego Marcina Kołaczkowskiego - wykonawcy i jednocześnie reżysera spektaklu, który stworzony został w/g scenariusza Barbary Szafraniec. Widziałem wiele rockowych spektakli i szczerze mówiąc nie mamy żadnych kompleksów. W najbliższym czasie skupimy się na wzmożonej promocji widowiska oraz książki autorstwa Barbary Szafraniec pod tym samym tytułem. Warto dodać, że książka owa zawiera płyty z utworami, które usłyszeć można w czasie widowiska.

 

Czym dla Ciebie są spotkania z publicznością, fanami? Jak odbierasz ich, chcąc nie chcąc, obecność w swoim życiu?

 

Fani są potrzebni artyście jak rybie woda. Są jak barometr. Fan ci prawdę powie. Prawdziwy fan będzie z tobą na dobre i na złe. Może czasem pomarudzi, że spodziewał się po nowej płycie więcej rockowych ballad, ale po jakimś czasie pochwali, że jednak piosenki ładne a teksty do niego wreszcie przemówiły ludzkim głosem.

Tak naprawdę jeśli chciałoby się spełnić marzenia fanów, to zespół (wykonawca) powinien nagrywać ciągle takie same płyty. Fan trudno toleruje zmiany, lecz często jest niestabilny emocjonalnie i jest gotów zarzucić wykonawcy nagle, że oto słyszy ciągle to samo. Nuda, dłużyzna. Do fanów trzeba mieć cierpliwość i wyrozumiałość.

Jednak ostateczna konkluzja: fana należy szanować. Przychodzi mi to stosunkowo łatwo albowiem mam podobno w sobie dużo ciepła i miłości do ludzi.

 

Czy możesz nam zdradzić swoje plany na przyszłość. Czy popłyniesz na fali i nagrasz kolejną solową płytę?

 

Czas jak zwykle pokaże w którą skieruję się stronę. Rockowe piłowanie gardła w wysokich, siłowych rejestrach mam chyba już  za sobą. Szczerze, mam dość przekrzykiwania ściany gitar i zmasowanych ataków na moje uszy heroicznego basu i histerycznych bębnów.

Wolę przekazywać informacje o życiu i świecie za pomocą ładnych melodii przy akompaniamencie zdyscyplinowanego zespołu. Ładne gitarki akustyczne, szelest szczoteczek na werblu, rozwibrowany Hammond, może gitara Dobro, mandolin aka czasem akordeon. Nie, nie starzeję się. Wracam do korzeni.

 

Dziękuje za rozmowę.

Podziel się treścią artykułu z innymi:
Wyślij e-mail
KOMENTARZE (1)
PODOBNE TEMATY
Na nudę nie narzekam, nienawidzę siedzieć w miejscu
Michał Kowalski - model, aktor, działacz społeczny i student ...
Agata Kulesza bez make-upu. Czy łatwo grać zakonnicę?
„Kiedy przebierałyśmy się w habity i welony, było w tym ...
Wywiad z Magdaleną Kubasiewicz, autorką powieści „Spalić wiedźmę”
„Tak naprawdę najwięcej pomysłów przyszło mi do głowy ...