Wykorzystujemy pliki cookies do poprawnego działania serwisu internetowego, oraz ulepszania jego funkcjonowania. Można zablokować zapisywanie cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki internetowej.
Data publikacji: 25.09.2013 A A A
Znacie Radom? Jasne, że nie znacie.
REDAKCJA
Fot. Materiał prasowy

Dziennikarz prasowy i radiowy. Prywatnie wielbiciel muzyki-Elvisa Presleya, The Beatles, Nicka Cave'a, Pavlov's Dog i tysiąca innych, a także kawy z kardamonem i zbożowej. Jest miłośnikiem kotów, żółwi i Pałacu Kultury. Rozmawiamy z Jerzym Wlazło, autorem ksiażki „Na wczoraj”.


„Na wczoraj” opowiada o nastolatkach. Spora część bohaterów ma naście lat. Czy to powieść adresowana do młodzieży?

 

Tak mi się wydawało, gdy zaczynałem ją pisać. Potem, w miarę rozwoju akcji, zaczęły mnie nawiedzać pewne wątpliwości. Miałem nawet taki moment wahania, zastanawiałem się, czy nie dodać kilku lat głównemu bohaterowi. Na szczęście tego nie zrobiłem. My, dorośli, zbyt często nie doceniamy dzieci, młodszego pokolenia. Zapominamy, o czym rozmawialiśmy wisząc jedną nogą na trzepaku, jakie książki czytaliśmy i co nas interesowało. Uważam, że gdyby naukowcy częściej słuchali pomysłów nastolatków, mielibyśmy więcej prawdziwych wynalazków ułatwiających codzienne życie. Niedawno czytałem o piętnastolatce, która wymyśliła latarkę bez baterii, działającą jedynie na ciepło ludzkiej dłoni. Rewelacja. A pomysł prosty, jak akcja telenoweli. I chociażby dlatego tę książkę powinni przeczytać także dorośli.

 

Kiedy czytam „Na wczoraj”, interesują mnie właśnie postaci dorosłych. Dlaczego z jednymi (jak rodzice) tak trudno się Jerzykowi dogadać, podczas gdy z ciotką czy Panem Wiktorem rozumie się znakomicie?

 

Dlaczego jedni dorośli zamykają się w swojej dojrzałości, a inni wciąż potrafią słuchać młodszych? Z drugiej strony przecież Pan Wiktor, który pozornie świetnie rozumie młodzież, nie umie trafić do własnej córki…  Zawsze dręczyło mnie to pytanie i nie zadowalało wyjaśnienie pod hasłem „konflikt pokoleń”. Dlaczego dzieci dogadują się z dziadkami, z ciotkami, z obcymi – w rozumieniu spoza rodziny – a z własnymi rodzicami nie? Wydaje mi się, że to wszystko wynika z problemów codzienności. Proszę zobaczyć, że w wielu przypadkach, gdy dochodzi do rozwodu rodziców, dziecko pozornie lepiej dogaduje się z rodzicem, z którym nie mieszka. Nie ma tego zmęczenia monotonią, nieporozumień wynikających z pewnych niedomówień. Ileż razy słyszy się taki argument rodziców w stosunku do dziecka: mieszkasz w tym domu, to powinieneś wiedzieć (rozumieć). A skąd to dziecko ma wiedzieć, jeżeli mu się tego jasno nie powie? Nie spróbuje wytłumaczyć? To wtedy pojawia się drugi argument: jak będziesz starszy, to zrozumiesz. I mamy typową kwadraturę koła, w którą wpadają dorośli, a dziecko czuje się w takiej sytuacji mocno niepewne. Ale jest też druga strona medalu: dzieci chętniej dzielą się swoimi przeżyciami czy przemyśleniami z osobami rzadziej widywanymi. One nie mają prawa – teoretycznie – ich ukarać, nie wykorzystają tych zwierzeń w innych rozmowach lub domowych sytuacjach. Paradoksalnie dzieci czują się bezpieczniej, chociażby dlatego, że obcemu łatwiej „wcisnąć kit” i trochę podkoloryzować swoje życie.

 

Czy kiedy tworzył Pan „Na wczoraj”, z zawartą tam koncepcją czasu, posiłkował się Pan teoriami naukowymi? Czy książka wypływa z fizyki?

 

Z fizyki zawsze miałem naciąganą tróję (jedynek wtedy się nie stawiało) i to właściwie tyle, co mam do powiedzenia na tematy naukowe. Dopiero wiele lat po zdaniu matury odkryłem, że o tych sprawach można opowiadać w interesujący sposób i zacząłem czytać książki popularno-naukowe. Pewnie więc jakiś wpływ na tę książkę miała także i nauka. Ale pomysł na książkę nie był poprzedzony żadnymi moimi dogłębnymi badaniami ani studiami. O tym, że czas nie istnieje jestem przekonany od dawna, co – mam nadzieję – klarownie wyjaśniłem w powieści. No i któregoś wieczora zgasiłem światło przed snem i naprawdę nagle, ni stąd ni znikąd jakiś krótkotrwały błysk spowodował, że ułożyła się niemal cała fabuła. A ponieważ jestem przekonany, że wszystkie genialne wynalazki powstały właśnie w ten sposób, od tamtego wieczora święcie wierzę, że ktoś kiedyś potwierdzi moją koncepcję podróży między wydarzeniami.

 

„Na wczoraj” jest powieścią o chorobach i utracie. Mam wrażenie, że ten temat cały czas pojawia się pod spodem, wychyla się spomiędzy kart opowieści, choć rzadko jest wzmiankowany bezpośrednio. Intrygę zawiązuje przecież choroba taty Jerzyka: to zaginiona płyta z badaniami chorego ojca, potrzebna przed operacją, staje się przyczyną spotkania Jerzyka z Panem Wiktorem. Innymi słowy, Jerzyk odkrywa, że czas nie istnieje wtedy, gdy życie jego ojca jest zagrożone. Podobnie Pan Wiktor: i on rozpoczął swoją przygodę z czasem w obliczu cierpienia drogiej mu osoby. Jaka jest więc relacja między procesem utraty a postrzeganiem czasu? Czy te zjawiska są powiązane?

 

No i wychodzi na to, że napisałem bardzo smutną książkę. Mam nadzieję, że to nieprawda. Ale też od dawna wiadomo, że najpiękniejsze wiersze pisali ludzie nieszczęśliwi. Powiedzenie, że potrzeba jest matką wynalazku jest w tym wypadku najlepszym uzasadnieniem. Człowiek szczęśliwy jest mniej chętny do dokonywania zmian w swoim życiu. Wydaje się bowiem, że niczego nowego nie potrzebuje, a każda zmiana może zburzyć dotychczasowe szczęście. To dlatego tak bardzo boimy się wszelkich zmian. Wracając do pytania: wrażliwy człowiek, a takimi chciałem uczynić bohaterów „Na wczoraj”, najżywiej reaguje na nieszczęście dotykające bliskich. To zmusza do działania niejako instynktownego. Proszę zauważyć, że nawet czarny charakter powieści podejmuje ryzykowny krok, żeby pomóc bratu.

 

„Znacie Radom? Jasne, że nie znacie. Chyba że urodziliście się gdzieś na obszarze wyznaczonym niegdyś przez stalowe wieże radiostacji i więzienie z jednej strony, Muzeum Wsi Radomskiej i szpital psychiatryczny z drugiej, inny szpital (największy na Mazowszu, zbudowany na planie krzyża maltańskiego) i kopcącą elektrociepłownię z trzeciej, wreszcie pustkowie płaskowyżu radomskiego z czwartej”…  Jest Pan związany z tym miastem?

 

Urodziłem się tam. To miasto mnie ukształtowało. Był czas, kiedy naprawdę znałem je jak własną kieszeń, kiedy na rowerze penetrowałem jego najdalsze zakątki, potem, kiedy sobie dorabiałem jako doręczyciel telegramów i jeszcze później jako dziennikarz opisujący miejskie sprawy. Myślałem, że nigdy go nie opuszczę na stałe. Ale życie niejednokrotnie weryfikuje nasze postanowienia. Więc wyjechałem. Jednak żadne inne miasto nigdy już nie będzie „moim”. To jest po prostu niemożliwe. Są miasta piękniejsze, z bogatszą historią, ale obce. Mogę się nimi zachwycić jak obrazem w muzeum.

 

Jakie miejsce i rolę w całokształcie Pańskiej twórczości przypisuje Pan tej powieści?

 

Nie wiem. To się okaże za kilka lat. Nie wiem też, jak podchodzą do swoich książek autorzy mający na koncie już pokaźny zestaw tytułów. Ja napisałem kilka powieści, z których ukazały się jak dotąd dwie. Mnie wciąż jeszcze bawi pisanie książek. Moi bohaterowie wciąż mnie zaskakują, zmieniają rozwój akcji, zmuszają do czujności, bo zawsze wymykają się spod kontroli i robią zaskakujące rzeczy. No i potem muszę ich jakoś wyciągać z tarapatów. Mówię o tym, żeby uzasadnić, że każda napisana dotąd książka jest dla mnie tak samo ważna. Podobnie zżywam się z bohaterami, wchodzę w ich świat, oglądam rzeczywistość ich oczami. To bardzo zabawne, ale bywa też pouczające. Natomiast oceniając z dystansu - „Na wczoraj” jest ważna, bo to moja pierwsza opublikowana powieść dla młodzieży. To pierwsza opublikowana powieść, której akcja toczy się w moim rodzinnym mieście. Strasznie mi szkoda, że to miasto wciąż jest właściwie nieznane w Polsce. Oczywiście, nie może równać się z Krakowem czy Gdańskiem, ale ma swoje urocze kąty. Starałem się je pokazać. Mam nadzieję, że się udało. W końcu opisuję miejsca, które mnie zauroczyły, gdy byłem w wieku mojego bohatera.

Podziel się treścią artykułu z innymi:
Wyślij e-mail
KOMENTARZE (3)
PODOBNE TEMATY
Na nudę nie narzekam, nienawidzę siedzieć w miejscu
Michał Kowalski - model, aktor, działacz społeczny i student ...
Agata Kulesza bez make-upu. Czy łatwo grać zakonnicę?
„Kiedy przebierałyśmy się w habity i welony, było w tym ...
Wywiad z Magdaleną Kubasiewicz, autorką powieści „Spalić wiedźmę”
„Tak naprawdę najwięcej pomysłów przyszło mi do głowy ...