Wykorzystujemy pliki cookies do poprawnego działania serwisu internetowego, oraz ulepszania jego funkcjonowania. Można zablokować zapisywanie cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki internetowej.
Data publikacji: 13.12.2013 A A A
To nie jest pojedynek na gusty
ROZMAWIAŁA AGNIESZKA OLEK
Na zdjęciu Maja Baczyńska. Fot. Materiał prasowy

Z Mają Baczyńską, reżyserką filmu „Kilka pytań o słyszenie świata” (premiera 2014) z cyklu „Portrety kompozytorów” i założycielką grupy filmowej MUDO Music Documentaries, rozmawia Agnieszka Olek.


Agnieszka Olek: Czy kompozytorzy są z Marsa?

 

Maja Baczyńska: W wypadku filmu "Kilka pytań o słyszenie świata" kompozytorzy są z Marsa, a kobiety z Wenus, gdyż akurat w tym konkretnym projekcie MUDO Music Documentaries niemal cała ekipa filmowa jest żeńska, a filmujemy mężczyzn. Nie oznacza to oczywiście, że kompozytorami są wyłącznie mężczyźni, czy że na uwagę zasługują głównie oni, a nie kompozytorki. W innym naszym filmie - "Kompozytorze - rezydencie", który wraz ze Stowarzyszeniem Polskich Artystów Muzyków zrealizowaliśmy dla Instytutu Muzyki i Tańca, pokazujemy obok Bartosza Kowalskiego i Jędrzeja Rocheckiego dwie kobiety: Barbarę Kaszubę i Zuzannę Niedzielak. Zresztą mamy w planach poruszenie wątku kompozytorskiego "Marsa" i "Wenus" w naszych kolejnych projektach, jesteśmy już nawet w trakcie rozmów na ten temat, ale na razie nie mogę zdradzić żadnych szczegółów.

 

Czy słuchasz czasem muzyki któregoś z bohaterów filmu? Jeśli tak, to co w niej lubisz?

 

Oczywiście. Większość muzyki użytej w filmie, to właśnie te utwory, które kiedyś wywarły na mnie wrażenie lub które wiem, że mogą przemówić do wyobraźni również tych widzów, którzy nie mają na co dzień styczności z muzyką. Często są to utwory, których słucham i którymi się inspiruję. Oczywiście to jest zaledwie drobny wycinek moich muzycznych zainteresowań, które rozciągają się od "Warszawskiej Jesieni" i koncertów w Teatrze Wielkim po spektakle Teatru Roma, Festiwal Muzyki Filmowej w Krakowie, "Skrzyżowanie Kultur" czy..."Voice of Poland", a nawet mocniejsze koncerty w warszawskiej Stodole.

 

Zarówno w muzyce współczesnej, jak i filmowej uwielbiam jej różnorodność i możliwość wyboru. Uważam, że muzyka w naturalny sposób oddziałuje na naszą wyobraźnię i emocje. U każdego może to przebiegać w inny sposób i to być może jest główną siłą muzyki - budzi w nas myśli, uczucia i obrazy, które bez niej być może nie uruchomiłyby się wcale. Od dziecka gdy słyszę muzykę, zaczynam widzieć obrazy. Nastrój konkretnych utworów wpływa na mnie tak, że pod wpływem inspiracji często zaczynam pisać teksty poetyckie bądź prozatorskie, wymyślać scenariusze trailerów, filmów, całe sceny teatralne. Dlatego muzyka jest integralną częścią mojego sposobu odczuwania świata, impulsem wywoławczym, ale też nieodłączną częścią mojej twórczości - czy to filmowej, czy literackiej (nie mówiąc już o publicystycznej).

 

Nie myślałaś nigdy o tym, by zostać kompozytorką?

 

Kiedyś zapytano mnie już o to. Swojego czasu nawet parę osób na uczelni mnie namawiało bym spróbowała swoich sił w tej materii. Myślę, że ciągnęło mnie do kompozycji, miałam dużo własnych pomysłów, ale jest to dziedzina tak pracochłonna i wymagająca, że czułam, że w jakiś sposób mnie przerasta, podczas gdy realizacja pomysłów literackich czy filmowych przychodziła mi znacznie łatwiej i była dla mnie bardziej naturalna. Mam ten problem, że mam tyle pomysłów i tak bardzo lubię mieć szybki ogląd całości, że nie starcza mi cierpliwości na cyzelowanie szczegółów - w filmie za detale odpowiada cały szereg osób w ekipie filmowej, w tekstach odpowiedzialność co prawda spoczywa wyłącznie na mnie i ten proces "cyzelowania szczegółów" jest nieraz mozolny, ale jednak nie aż tak złożony i rozciągnięty w czasie. Nie byłabym też w stanie poświęcić się równolegle każdej z tych dziedzin, bo każda z nich wymaga ogromnej pracy. Myślę, że właśnie z tego względu absolutnie podziwiam kompozytorów - robią coś, co jest mi bliskie, bo - choć posługują się innymi niż ja narzędziami - jest to również proces twórczy. Ponadto robią coś, co było dla mnie od zawsze jakimś niedościgłym ideałem.

 

Tak więc kompozycja to być może jedna z niewielu dziedzin, które fascynują mnie na równi z moją własną pracą zawodową. No może poza...podróżami. I...no tak. Astronautyką i himalaizmem, ale to w sumie też podróże (śmiech).

 

Co było impulsem do powstania myśli „Zrobię film o kompozytorach”?

 

To we mnie siedziało od bardzo dawna. W dzieciństwie uwielbiałam utwory XX - wieczne, później silny wpływ wywarł na mnie kompozytor, mój profesor od improwizacji, Marian Sawa, poza tym bliskie mi osoby (też w rodzinie) pisały muzykę...w ten sposób zaczęłam śledzić to, co się dzieje w muzyce współczesnej. Z kolei muzykę filmową od małego kochałam całym sercem, bo wychowałam się na filmach - moi rodzice je kolekcjonowali, wyjście do kina bywało celem tygodnia.

 

Myślę, że stworzenie takiego filmu było naturalną koleją rzeczy, biorąc pod uwagę fakt, że ukończyłam uczelnie muzyczne i filmowe – po prostu pragnęłam wreszcie jedno z drugim połączyć. Nieco rozciągnęło się to w czasie z uwagi na wyjazdy, dyplomy, a po drodze realizację filmu „Miła, padnij!” i spektaklu „Dziwnotwór”.

 

Film ma kilku bohaterów- czym się różnią od siebie?

 

Trzeba zobaczyć film, żeby się dowiedzieć! Każdy ma inną osobowość, inny styl muzyczny, inną drogę. I – tak jak sugeruje sam tytuł – każdy słyszy inaczej współczesny świat, inaczej przekłada go na swoją muzykę.

 

A co jest ciekawsze według Ciebie, sami kompozytorzy czy ich muzyka?

 

W filmie? Muzyka pokazywana przez pryzmat kompozytorów, kompozytorzy pokazywani przez pryzmat muzyków. W życiu "niecodziennym" - muzyka. W życiu codziennym - po prostu ludzie. To, jak te dwie sfery się przenikają i stają całością.

 

Czy muzyka jest wdzięcznym tematem do filmowania?

 

Bardzo. O ile nie popadnie się w rutynę i nie potraktuje się tematu stricte reportażowo. Jest wiele cudownych muzycznych filmów i reżyserów, od których pragnę się uczyć, ale w wypadku filmów dokumentalnych o muzykach w moim odczuciu często pokutują dwie rzeczy. Jeśli film robi muzyk lub muzykolog - jest on często prawie nie do oglądania, bo jest w nim nacisk na muzykę i teorię muzyki tak duży, że gdzieś umyka po drodze to co najważniejsze: emocje, człowiek, szczerość, prostota przekazu obok wszystkich aspektów edukacyjno - intelektualnych, które oczywiście też są w jakiś sposób ważne. Z kolei jeśli film robi reżyser - często realizuje coś, co jest dla odmiany "nie do słuchania", bo muzyki w nim prawie nie ma, jest pokazana reportażowo lub, co gorsza, niezbyt dobrze zmontowana i dobrana do obrazu. Oczywiście to nie jest regułą i nie chodzi mi też o to, by do muzyki tworzyć filmową ilustrację w złym tego słowa znaczeniu. Niemniej obraz według mnie powinien „podbudowywać” muzykę i na odwrót. W końcu są to filmy muzyczne czy filmy o muzyce, a nazwa zobowiązuje. Ten problem starałam się opisać m.in. w swojej pracy na studiach podyplomowych w Laboratorium Reportażu UW. Dotyczyła ona filmu dokumentalnego, głównie polskich dokumentów muzycznych na przykładzie pracy nad autorskimi filmami. Ten temat mnie fascynuje, z zainteresowaniem śledzę co się w tej materii na świecie dzieje, staram się docierać do najciekawszych dokumentów muzycznych, upowszechniać je, uczyć się na nich (lub na ich ewentualnych błędach). Chciałabym kiedyś realizować w Polsce filmy z polotem "Sugarmana", które byłyby równie frapujące i dające do myślenia jak produkcje Polskiej Szkoły Dokumentu, a jednocześnie przemawiały do wyobraźni połączeniem obrazu i dźwięku. Powstają takie filmy o muzyce rozrywkowej, więc czemu nie o poważnej?

 

Podsumowując - tak, temat jest wdzięczny i DŹWIĘCZNY do filmowania, o ile nasze oczy słyszą, a uszy widzą. Dla mnie to musi być kontrolowana symbioza. Cieszę się, że kształciłam i kształcę się zarówno muzycznie, jak i filmowo, w moim odczuciu wiele ułatwia.

 

Trudna była realizacja projektu?

 

Nie należała do najłatwiejszych. Poza standardowymi problemami realizacyjnymi, był to dla mnie stosunkowo trudny okres w życiu. Byłam jednak pewna, że muszę ten film zrobić za wszelką cenę i nieustannie mobilizować się do jego ukończenia. I to podziałało. Czułam, że muszę zrobić ten film, by pokazać o co mi chodzi i dlaczego ta forma i temat są ciekawe. Czasami montaż tak bardzo mnie wciągał, że dosłownie liczyłam dni i godziny do kolejnego spotkania z montażystą. Przy byle okazji notowałam w komórce, na kartkach czy w "pisanych do siebie mailach" (śmiech) pomysły, wybrane wypowiedzi, utwory, ujęcia, strukturę scenariusza, który wciąż się nieco zmieniał. Największy kłopot miałam w pracy pedagogicznej. Jako nauczyciel starałam się być jak najbardziej skoncentrowana na swoich uczniach. Tymczasem pomysły wpadały do głowy nieraz znienacka. Czatowałam na każdą możliwą przerwę, by je zapisać. Teraz już dobrze nie pamiętam, ale wydaje mi się, że układ głównego trailera filmu, zapisywałam właśnie w komórce pod którąś datą i godziną w kalendarzu. Ujęcie po ujęciu, hasła do plansz, muzyka w tle, wypowiedzi. Chyba na tym właśnie polega pasja.

 

A kto Ci najwięcej pomógł przy powstaniu tego filmu?

 

Przede wszystkim moim największym szczęściem przy realizacji "Kilku pytań o słyszenie świata" była i jest moja cudowna ekipa. MUDO Music Documentaries absolutnie przerosło moje oczekiwania. Uwielbiam z nimi pracować, przyjaźnić się, planować. Ania Jacobson - montażystka (i zarazem moja sąsiadka) z solidnym doświadczeniem muzycznym, Ilona Bidzan - kierowniczka produkcji, z którą zaczęłyśmy współpracować jeszcze w mojej pierwszej szkole filmowej, Inga Dembowska - autorka wizualizacji w produkcjach MUDO, której prace inspirują mnie w sposób całkiem niezwykły i niewytłumaczalny, Ala Nowak - dźwiękowiec i zarazem wymarzony współpracownik, jeśli chodzi o rzetelność i filmową pasję, wreszcie Zosia Goraj - fantastyczna operatorka, z którą się świetnie pracuje na planie i która - podobnie jak Ilona - mimo dzielących nas odległości geograficznych, jest zawsze "na bieżąco". Nie mówię już o wszystkich innych osobach, które nas wspierają - pozostali dźwiękowcy, graficy, tłumacze, autor loga, pomoc organizacyjna przy pokazach i wysyłce filmów na festiwale itd. Oczywiście wiele fajnych rzeczy wynikło wtedy, gdy angażowali się sami bohaterowie filmu i o tym nie wolno zapominać, bo to zaangażowanie bohaterów jest szczególnie ważne i mobilizujące, daje poczucie, że robimy coś razem na rzecz czegoś, że dzieje się coś ważnego dla nas wszystkich. Ważna jest ciekawość tego, jak ktoś drugi cię widzi.

 

Nie muszę też chyba mówić, że wspiera mnie moja rodzina i moi przyjaciele. Przede wszystkim oglądają ze mną wstępne i ostateczne wersje filmów nieraz po kilka lub kilkanaście razy, co bywa trudne nawet dla mnie (śmiech).

 

Wypada mi też wspomnieć o szeregu wspierających nas instytucji. Nadal to nie są wszystkie, które według mnie mogłyby czy nawet powinny otworzyć się na naszą inicjatywę. Natomiast te, które już nas wsparły ożywiły w naszych sercach nadzieję, że warto włożyć cały ten wysiłek w realizację filmu, jakiego w gruncie rzeczy jeszcze w Polsce nie było i że trzeba konsekwentnie podążać raz obraną drogą. Poza tym ogromne znaczenie ma dla mnie patronat honorowy Narodowego Centrum Kultury. Od tego momentu zaczęliśmy dostawać maile z różnych stron świata od osób zainteresowanych naszym projektem. Narodowe Centrum Kultury pozwoliło nam uwierzyć nie tylko w samą ideę, ale również w siebie.

 

Czy młodzi, utalentowani kompozytorzy mają dziś dobre warunki żeby zdziałać coś ważnego dla nich, a może i dla historii muzyki?

 

Dobre o tyle, że istnieje Internet, który ułatwia rozpowszechnianie informacji czy swojej twórczości (o ile odbywa się to z korzyścią dla autora). Natomiast trudne w tym sensie, że wartościowe zjawiska gdzieś giną w natłoku różnych zdarzeń. Awangarda pozostaje niezrozumiała dla szerszego grona odbiorców, z kolei muzyka "przyjemniejsza dla ucha" jest często niesłusznie degradowana przez miłośników awangardy jako wtórna, zdarza się też, że jest szufladkowana wraz z awangardą pod jednym hasłem "muzyka współczesna, a więc dziwna". Z tego względu podkreślam, że "Kilka pytań o słyszenie świata" jest częścią cyklu, który rozpoczęliśmy w 2009 (a właściwie jeszcze w 2008 roku) i który pragniemy kontynuować. To nie jest tak, że zamykamy się na wartościowe osobowości czy czyjąś twórczość. To, że ktoś interesujący nie znalazł się w tym filmie, oznacza jedynie, że może znajdzie się w którymś z kolejnych, jeśli będą możliwości ich realizacji. Oczywiście tu też pewną rolę odgrywa kryterium doboru bohaterów.

 

A jakie jest to kryterium?

 

Przede wszystkim ważne jest połączenie ciekawej osobowości z "ekranowością" (niektórzy umieją wypowiedzieć się tylko w muzyce, a już nie na ekranie) oraz inspirującą nas (filmowo) muzyką. Przy rozmowach z naszymi partnerami ważne są też osiągnięcia lub uzasadniona potrzeba promocji czy dokumentacji danej osoby i jej twórczości. Istotna jest dostępność nagrań lub możliwość sfilmowania bohatera i jego prób czy koncertów w okresie realizacji zdjęć do filmu. Pewną rolę odgrywają też fundusze. Szczęśliwie otrzymaliśmy dofinansowanie, ale dość symboliczne i dopiero na działania na rzecz promocji filmu. Nie mogliśmy zatem pozwolić sobie na zdjęcia wyjazdowe do innych miast Polski i ograniczyliśmy się do bohaterów "warszawskich". Dla porównania, przy realizacji filmu dla Instytutu Muzyki i Tańca, było dokładnie odwrotnie - prawykonania i bohaterowie byli filmowani w Toruniu, Kielcach, Płocku, Poznaniu.

 

Dla mnie osobiście wyjątkowo ważne jest, na ile znam lub mogę poznać danego bohatera. Nie chodzi o to by robić filmy wyłącznie o swoich znajomych. Raczej o to by mieć dogłębną znajomość tematu i w wypadku filmów nie chodzi tylko o historię muzyki, muzykę czy biografię bohatera i opinie środowiska krytyków. Staramy się myśleć zgodnie z wpojonym nam warsztatem filmowym, wciąż w sobie rozwijać spojrzenie typowe dla sztuki dokumentu. Poza tym to jest jednak film, który ma być kierowany do szerszego kręgu odbiorców. Oczywiście tych, którzy posiadają pewną wrażliwość, choć nie zawsze w pełni odkrytą. Mam nadzieję, że nasz film jest w stanie ją w nich odkryć. I że jest w stanie przekonać ludzi do tego, że gdzieś w miejskim tłumie znajdują się ludzie, którzy opowiadają o naszym świecie dźwiękami i którzy odnoszą na tym polu niesamowite osiągnięcia, tylko że nie zawsze się o nich głośno mówi. A podkreślmy: jest ich dużo więcej niż w naszym filmie i tworzą czasem naprawdę niezwykłą muzykę.

 

Jak się Twoim zdaniem mogą potoczyć ich losy?

 

Mam nadzieję, że wywalczą swoje miejsce w przyszłości muzyki i że film będzie cennym źródłem wiedzy o ich młodości i początku artystycznej drogi. Ale zamiast spekulować, wolę na ten temat nakręcić kiedyś kolejny film (śmiech).

 

Czyli można się spodziewać że kompozytorzy jeszcze powrócą w Twoich przyszłych realizacjach?

 

Tak, wraz z MUDO Music Documentaries, poza projektami na zlecenie, chcemy kontynuować nasze marzenia artystyczne i działania na rzecz cyklu filmowego „Portrety kompozytorów”. Chciałabym robić jak najlepsze filmy dokumentalne o muzykach. Oczywiście, to nie jest jedyny temat, który interesuje mnie jako filmowca, czy publicystę - poetę. Poza tym prowadzę też działalność stricte muzyczną. Mamy jednak nadzieję, że im więcej instytucji i prywatnych osób wyrazi swoje zainteresowanie MUDO i „Portretami kompozytorów”, tym większa będzie szansa na realizację kolejnego filmu. Potrzebne jest zaufanie, pomoc merytoryczna, rekomendacje, a przede wszystkim…dofinansowanie. Filmy o muzyce, to nasze wspólne dobro, w które warto inwestować. Dziś jest to film o Tomaszu Opałce, Pawle Przezwańskim, Pawle Pudło czy Kamilu Staszowskim, jutro może być to film o każdym, kto po prostu robi w sztuce coś wartościowego. To jest taki mój apel do każdego muzyka - to nie jest pojedynek na gusty, wojna o estetykę, zysk czy rozgłos. To jest raczej próba odnalezienia wspólnego mianownika na rzecz inwestowania w polską kulturę. Inspirujemy się zewsząd i chcemy inspirować, ale jeśli dziś nie będziemy się wokół tej inicjatywy konsolidować, to trudno będzie ruszyć z tym naprzód. Każdy, kto zagrał choćby jedną nutę w "Kilka pytań o słyszenie świata", zwiększa szansę na to, że takich filmów pojawi się więcej, że będą na nie fundusze, że - kto wie! - powstaną filmy może nawet o nim samym. Każdy, kto marzy by powstał film o jego ukochanym kompozytorze, oficjalnie i bezinteresownie popierając nasze działania, paradoksalnie zwiększa na to szanse, choć oczywiście trudno składać teraz jakieś deklaracje.

 

Czy można porównać film do symfonii?

 

Tak. I można film porównać też do fugi. Trzeba konsekwentnie rozwijać temat, można go też przetwarzać, czasem pojawiają się kontrapunkty. Film jest bardzo polifoniczny, podobnie jak fuga. Kieruje się pewnymi zasadami. Reżyser to takie połączenie kompozytora i dyrygenta. Wszystkie elementy służą wyrażeniu jego wizji, tyle że na planie dokumentu trzeba być wyczulonym na improwizację i interpretację, to, co spontaniczne. Pod tym względem film dokumentalny jest trochę mniej "fugą", a bardziej improwizacją w oparciu o wcześniej ustalone elementy. To duże wyzwanie!

 

Podziel się treścią artykułu z innymi:
Wyślij e-mail
KOMENTARZE (0)
Brak komentarzy
PODOBNE TEMATY
Na nudę nie narzekam, nienawidzę siedzieć w miejscu
Michał Kowalski - model, aktor, działacz społeczny i student ...
Agata Kulesza bez make-upu. Czy łatwo grać zakonnicę?
„Kiedy przebierałyśmy się w habity i welony, było w tym ...
Wywiad z Magdaleną Kubasiewicz, autorką powieści „Spalić wiedźmę”
„Tak naprawdę najwięcej pomysłów przyszło mi do głowy ...