Wykorzystujemy pliki cookies do poprawnego działania serwisu internetowego, oraz ulepszania jego funkcjonowania. Można zablokować zapisywanie cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki internetowej.
Data publikacji: 06.02.2014 A A A
Żyjemy w szczęśliwym świecie, skoro myślimy o muzyce
ŁUKASZ JAKUBOWSKI
Fot. Materiał prasowy

Z kompozytorem i pianistą Kamilem Staszowskim, autorem „Mszy Człowieka Współczesnego” rozmawiał Łukasz Jakubowski.


Łukasz Jakubowski: Jesteś autorem kompozycji: „Msza człowieka współczesnego” („Messa dell’ Uomo Moderno”), którą w 2011 roku prawykonał m.in. chór Varsoviae Regii Cantores. Jakiej formy i treści użyłeś dla zaakcentowania charakteru „współczesnego”? Jak wyglądałaby „Msza człowieka sprzed półwiecza” Twojego autorstwa?

 

Kamil Staszowski: Muzyka powstaje z subiektywnych wrażeń, odczuć, które twórca składa za pomocą intuicji, ale i logiki. Nie ma dla mnie technik czy form bardziej lub mniej współczesnych. Każda obecnie pisana muzyka, jeśli nie jest naśladownictwem wprost, wchodzeniem w buty nie swoich wrażeń (nie wiem zresztą, czy to tak naprawdę możliwe) – jest dla mnie muzyką współczesną. Kategoria współczesności ma dla mnie wymiar wyłącznie czasowy, nie jakościowy. „Msza człowieka sprzed półwiecza” to byłby bardzo ciekawy rodzaj fantazji historycznej. Ale siłą rzeczy człowiek sprzed półwiecza pewnie by się z tym nie identyfikował.

 

ŁJ: Gdzie szukasz inspiracji do pracy?

 

KS: Szukanie inspiracji jako poszukiwanie natchnienia ma coś wspólnego z grafomanią. To trochę taka poza XIX-wiecznego artysty. Gdybym miał odpowiedzieć na pytanie, co mnie inspiruje – powiedziałbym, że suma wrażeń, odczuć, sympatii estetycznych, często niezwiązanych z muzyką. Zatem może to być po prostu chwila wolnego czasu, podróż, spacer, dobry nastrój, piękna pogoda, ale także architektura, filozofia, ciekawe rozmowy.

 

ŁJ: W filmie dokumentalnym „Kilka pytań o słyszenie świata” powiedziałeś, że muzyka jest dla Ciebie przede wszystkim komunikatem. Co chcesz zakomunikować Twojemu odbiorcy?

 

KS: Tak, z tym że taki komunikat nie jest konkretny, jest raczej zaproszeniem do refleksji, do ustosunkowania się do mojego „snu na jawie”. Można to porównać do potrzeby opowiedzenia o czymś drugiemu człowiekowi, podzielenia się wrażeniami.

 

ŁJ: „Alleluja”, „Msza człowieka współczesnego”, „Ave Maria” –  jaką rolę pełni religia w Twojej twórczości, w procesie komponowania?

 

KS: Religia zawiera w sobie wiele elementów, które są dla mnie inspirujące. Od sfery duchowej, dla której muzyka jest w moim odczuciu najnaturalniejszą przestrzenią, przez dziedzictwo kulturowo-historyczne aż po świat współczesnego człowieka. Dla mnie odniesienie sztuki do religii jest w jakiś sposób naturalne, ponieważ myślę, że refleksja nad sztuką jest w istocie ustosunkowaniem się człowieka do uniwersum. Świat składa się z rzeczy małych. Jest to dla mnie szczególnie czytelne w architekturze. Drobne elementy wystroju, ich ułożenie, gra światła, kontekst decydują o harmonii i wydźwięku dzieła.

 

ŁJ:: Czy odnalazłeś własną, artystyczną drogę i Twoje kompozycje cechuje określony styl?

 

KS: Powiedziałbym, że każdy utwór jest nową przygodą. Jednocześnie twórca tak bardzo się nie zmienia (śmiech), więc pewnie można znaleźć jakiś charakterystyczny rys, czy ulubione strategie muzyczne.

 

ŁJ: Istnieje jakaś nadrzędna myśl, łącząca Twoje kompozycje, którą pragniesz przekazać odbiorcom czy może każdy utwór jest dziełem ideowo zamkniętym, autonomicznym?

 

KS: Sztuka nie jest dla mnie trybuną. Każdym utworem chciałbym tylko wywołać refleksje i wrażenia. Reszta należy do słuchacza. Bardzo istotne jest niedopowiedzenie.

 

ŁJ: Jaki masz sposób na twórczą niemoc? Komponujesz zawsze z zadowalającym efektem?

 

KS: Piszę mało. Nie staram się tworzyć do szuflady i nie szukam na siłę pomysłów. Nie piszę na co dzień. W tej chwili pisanie to dla mnie rodzaj święta. A kto nie chciałby świętować? Z jednej strony staram się utwór zaplanować i uporządkować, a z drugiej strony – daję się ponieść intuicji. Ścieranie się tych dwóch trybów doprowadza czasem do zadowalającego efektu.

 

ŁJ: Z myślą o jakim odbiorcy komponujesz? Osłuchanym z muzyką klasyczną czy także mając na uwadze najnowsze trendy w muzyce popularnej?

 

KS: Zdaję sobie sprawę, że odbiorca osłuchany zauważy więcej. Ale patrząc inaczej – jeśli odbiorca „nieusłuchany” dostrzeże coś interesującego – tym bardziej jest to dla mnie satysfakcjonujące. Dotykamy tutaj kwestii ducha utworu, pewnej uniwersalności, czytelności, a nie tylko sprawnych zabiegów kompozytorskich czy wpisania się (bądź nie) w jakiś nurt. Nie staram się korespondować z nowymi nurtami. Nie śledzę najnowszych trendów, jako że często są one tylko wytworem sprawnego marketingu. Oczywiście – czasem coś mnie zainteresuje.

 

ŁJ: Jak odnosisz się do podziału na muzykę klasyczną i popularną? Czy uważasz, że granica pomiędzy nimi powinna się zatrzeć na rzecz swobodnego przepływu myśli, wzajemnej inspiracji?

 

KS: Dla mnie ten podział jest sztuczny. Wynika w dużej mierze z historycznego uproszczenia. Podział na muzykę poważną i rozrywkową uważam za jeszcze gorszy. „Eine kleine Nachtmusik” Mozarta w jakimś sensie jest muzyką popularną, a „Bema pamięci rapsod żałobny” Niemena trudno nazwać muzyką rozrywkową. Skłaniam się raczej do podziału muzyki ze względu na jej funkcje i właściwości.

 

ŁJ: Część zdjęć do filmu „Kilka pytań o słyszenie świata” powstało podczas prób i koncertu z „Mszą człowieka współczesnego”. Co sądzisz o prezentowaniu muzyki klasycznej na ekranie telewizora bądź w sali kinowej? Czy pomimo braku bezpośredniego kontaktu odbiorcy z wykonawcami warto w ten sposób popularyzować klasykę?

 

KS: Bez działań popularyzatorskich skazujemy społeczeństwo na znaczne zawężenie pola widzenia tylko do tego, za czym stoi pieniądz (czyli za tzw. muzyką popularną). Nie ma znaczenia, czy jest dobra czy nie, sama w sobie nie jest konkurencją dla muzyki np. koncertowej. Problem widzę raczej w tym, że wiele osób myśli, że nie może wybrać czegoś innego. Należy dodać, że zabiegi marketingowe czasem są ważniejsze od rzeczywistych właściwości produktu masowego. Kampanie, billboardy, lans na to, że coś jest znane, albo właśnie że niszowe. Mechanizm widzę tak: odbiorca wybiera spośród tego, co ktoś inny uznał za „potencjalnie dobrze sprzedające się”. A w konsekwencji produkt rzeczywiście staje się popularny. Warto zatem w różny sposób starać się przynajmniej zaznaczyć, że muzyka inna niż ta popularna jest i że można i warto po nią sięgnąć.

 

ŁJ: Jaki masz stosunek do komponowania dla pieniędzy, na zamówienie?

 

KS: To bardzo ciekawe pytanie, mam wrażenie, że w ogólnym dyskursie jest prosty podział – pisanie dla idei i pisanie dla pieniędzy. To chyba nie tak. Podchodzę do tego z innej strony. Nie mam wielu zamówień, zdarzają się pojedyncze (zapraszam, kolejki oczekujących nie ma), zatem trudno mówić o pisaniu dla pieniędzy. Z drugiej strony – nie mam oporów w przyjęciu zamówienia, ponieważ uznaję, że pieniądze za utwór dają poczucie, że z czystym sumieniem mogę poświęcić mu czas. Na ten czas składa się zarówno myślenie o utworze, pisanie go, ale i pozorna bezczynność, konieczna dla zdystansowania się, „uleżenia się” pomysłów. To wbrew pozorom bardzo ważne. Pieniądze nie mają nic wspólnego ze sprzedawaniem czy wycenianiem utworu.

 

ŁJ: Komponujesz na papierze przy fortepianie czy na komputerze?

 

KS: Piszę przy fortepianie od razu na komputerze. Dzięki komputerowi mogę w jednej chwili zmienić cały porządek, a także sprawnie wygenerować głosy. To kwestia ergonomii. Chociaż współpraca z komputerem układa się różnie. Niespodzianki ze strony komputera to najbardziej irytujące momenty w procesie pisania. Oczywiście, wspaniale byłoby pisać na papierze – ale ktoś musiałby to potem przepisać,  następnie stworzyć głosy, a gdybym chciał zmienić kilka nut…

 

ŁJ: Powiedziałeś w „Kilku pytaniach o słyszenie świata”, że priorytetem w życiu jest dla Ciebie rodzina, a także relacje międzyludzkie. Czy zatem mógłbyś żyć bez muzyki i komponowania?

 

KS: Nie chcę powiedzieć, że nie mógłbym żyć bez muzyki. To byłaby odpowiedź trochę górnolotna i jakoś niestosowna. Pewnie gdybym musiał, mógłbym żyć bez muzyki. Ludzie borykają się z dużo bardziej elementarnymi problemami: brak wody, szczepionek dla dzieci, wojna. Żyjemy naprawdę w szczęśliwej części świata, skoro możemy myśleć o muzyce. Powinniśmy z tego korzystać jak najwięcej. Dla niektórych postaci życia publicznego w Polsce kwadrans terapii chorałem gregoriańskim mógłby przynieść pozytywne efekty. Wracając do meritum: muzyka wpisuje się u mnie w jakiś szerszy kadr. Jest integralną częścią życia.

Podziel się treścią artykułu z innymi:
Wyślij e-mail
KOMENTARZE (0)
Brak komentarzy
PODOBNE TEMATY
Na nudę nie narzekam, nienawidzę siedzieć w miejscu
Michał Kowalski - model, aktor, działacz społeczny i student ...
Agata Kulesza bez make-upu. Czy łatwo grać zakonnicę?
„Kiedy przebierałyśmy się w habity i welony, było w tym ...
Wywiad z Magdaleną Kubasiewicz, autorką powieści „Spalić wiedźmę”
„Tak naprawdę najwięcej pomysłów przyszło mi do głowy ...