Wykorzystujemy pliki cookies do poprawnego działania serwisu internetowego, oraz ulepszania jego funkcjonowania. Można zablokować zapisywanie cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki internetowej.
Data publikacji: 11.04.2014 A A A
Chciałbym grać skomplikowane postaci
ROZMAWIAŁA IZABELA GOLIŃSKA
Fot. Joanna Kulik-Paliwoda

Znany z teatru i z telewizji, głównie z seriali „M jak miłość” czy „Ojciec Mateusz”. Z aktorem Sławomirem Hollandem rozmawia Izabela Golińska.


IZABELA GOLIŃSKA: W „M jak miłość” gra Pan policjanta Staszka z komisariatu w Grabinie. Dobrze się Pan czuje w charakterze stróża prawa?

 

SŁAWOMIR HOLLAND: Dobrze, zwłaszcza że role mundurowe nie są mi obce (śmiech), bo często jestem właśnie tak obsadzany. Obecnie przedstawiciela wymiaru sprawiedliwości gram też w „Prawie Agaty”, gdzie występuję epizodycznie jako sędzia. W „M jak miłość” powierzono mi bardziej rozbudowaną rolę policjanta, który jest w serialu prawie od początku, bo od 15. odcinka. Lubię tę postać, zdążyłem się z nią zżyć. Policjant Staszek, związany z rodziną Mostowiaków, przypomina trochę poczciwego szeryfa, który nie tylko stoi na straży prawa, lecz także chce służyć pomocą mieszkańcom Grabiny.

 

Czy postaci policjanta Staszka, który budzi ogromną sympatię, dał Pan dużo swoich własnych cech?

 

Trudno mi powiedzieć, bo nikt nie może siebie obiektywnie ocenić, ale chyba nie jestem uważany za kogoś wyjątkowo antypatycznego (śmiech). Jednak aktor podczas konstruowania roli musi wyjść poza to, jaki jest prywatnie. Moje indywidualne cechy nie zawsze mają przełożenie na kreowaną przeze mnie postać. Dlatego myślę, że potrafię zagrać zarówno człowieka ujmującego, o gołębim sercu, jak i bezwzględnego psychopatę. Z takimi wyzwaniami miałem okazję mierzyć się w teatrze, gdzie powierzano mi bardziej różnorodne role niż w filmie.

 

Policjant Staszek ostatnio częściej pojawia się w serialu w związku z wątkiem Janki. Młoda kobieta, która została brutalnie pobita i zgwałcona, potem sama próbowała wymierzyć oprawcy sprawiedliwość. Czy potrafi Pan zrozumieć jej postępowanie?

 

Jestem w stanie zrozumieć impuls, który nią powodował. Pod wpływem traumatycznych przeżyć człowiekiem targają skrajne emocje. W tym stanie psychicznym może się zrodzić chęć odwetu czy samodzielnego wymierzenia sprawiedliwości, ale nie każdy pomysł, który przychodzi nam do głowy, należy realizować. Ściganiem przestępców i wymierzaniem sprawiedliwości zajmują się odpowiednie instytucje, policja i prokuratura, które – mam nadzieję, że nie tylko w serialu – wykonują swoją pracę właściwie.

 

Ma Pan spory dorobek: zagrał Pan w ponad stu filmach i serialach. Czy ludzie kojarzą Pana z rolami tak bardzo, że np. biorą Pana za policjanta?

 

Takiej sytuacji jeszcze nie miałem. Cenię sobie pracę w serialach, ponieważ ona daje mi pewien rodzaj popularności. Niektórzy ludzie mnie rozpoznają i kojarzą z konkretnymi rolami, np. księdza w „Aidzie”, policjanta Staszka w „M jak miłość”, notariusza w „To nie koniec świata”, lekarza w „Ojcu Mateuszu” czy sędziego w „Prawie Agaty”. Spotykam też ludzi, którzy wiedzą, że mnie znają, ale nie mogą sobie uświadomić skąd. Rozbawiła mnie kiedyś pani, która była święcie przekonana, że zakładałem u niej w domu instalację elektryczną.

 

I jak Pan reaguje w podobnych sytuacjach? Wyjaśnia Pan nieporozumienie?

 

Nie, nie zawsze.

 

W serialu „Ojciec Mateusz” gra Pan lekarza, podobnie jak wcześniej w „Brzyduli”. Czy takie zadanie aktorskie, chociażby ze względu na medyczną terminologię, wymaga specjalnego przygotowania?

 

To zależy, jak napisana jest dana scena. Jeśli nie padają w niej fachowe określenia, nie wymaga specjalnego przygotowania. Czasem jednak trzeba przyswoić łacińskie nazwy lub zrozumieć skomplikowane procedury medyczne, jeśli scenariusz zakłada przeprowadzanie specjalistycznych badań czy operacji. W takich przypadkach na planie jest konsultant medyczny. Miło mi, że postać lekarza, którą gram w „Ojcu Mateuszu”, pojawia się w serialu dość często.

 

Najczęściej gra Pan porządnych obywateli. Czy marzy Pan o tym, by dla odmiany dostać rolę czarnego charakteru, kogoś, kogo widzowie na pewno nie polubią?

 

W serialu „Głęboka woda” już zagrałem raczej negatywną postać: asystenta Budnego, chciwego kamienicznika, który wypędzał ludzi z ich mieszkań. Ucieszyła mnie ta propozycja, którą dostałem od reżyserki Magdaleny Łazarkiewicz. Teraz też nie odmówiłbym wcielenia się w czarny charakter, a najchętniej w postać złożoną i skomplikowaną. Jeśli się da, trzeba uciekać od zaszufladkowania.

 

Czuje się Pan zaszufladkowany?

 

Trochę tak, ponieważ najczęściej jestem obsadzany w rolach mundurowych – lekarza, księdza, sędziego, policjanta. Chętnie bym zagrał jakiegoś cywila (śmiech), choć oczywiście doceniam te zadania, które są mi powierzane.

 

Często widujemy Pana w serialach, ale Pana pasją jest teatr. Współpracuje  Pan z warszawskim Teatrem Ateneum i wystawia w całej Polsce (i nie tylko) ostatnio zrealizowane przedstawienia: jedno dramatyczne, drugie komediowe. W jakim repertuarze czuje się Pan lepiej?

 

Może zabrzmi to nieskromnie, ale myślę, że potrafię się odnaleźć i w repertuarze dramatycznym, i w komediowym. Mam predyspozycje komediowe – zagrałem dużo takich ról, a od ponad roku jeżdżę po Polsce z satyrą z dwudziestolecia międzywojennego „Nic nowego pod słońcem”. Sprawdzam się też w repertuarze dramatycznym – mam takie role w dorobku, a od niedawna prezentuję tekst „Josela Rakowera rozmowa z Bogiem” o powstańcu z warszawskiego getta.

 

Czy już jako dziecko wiedział Pan, że chce zostać aktorem?

 

Nie, chciałem być piłkarzem. Wszystko zmieniło się w szkole średniej, gdy brałem udział w pozalekcyjnych zajęciach teatralnych, które prowadził aktor Bogusław Stokowski. Szybko połknąłem bakcyla aktorstwa, chodziłem na prawie wszystkie przedstawienia, jakie były wtedy wystawiane w Warszawie. Postanowiłem zdawać do szkoły teatralnej. Dostałem się za trzecim razem.

 

Pana historia jest dowodem na to, że warto dążyć do celu, nawet jeśli nie wszystko idzie jak z płatka. A jakie marzenia zawodowe ma Pan dziś?

 

Jako aktor teatralny czuję się raczej spełniony, choć tęsknię za tym, by znów znaleźć się w teatrze repertuarowym i zagrać interesujące role w dużym zespole. Nie jest to jednak proste, i to z wielu powodów, nie zawsze artystycznych. Od trzech lat jestem sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem – na własną rękę przygotowuję spektakle, których jestem i aktorem, i reżyserem. Obecnie pracuję nad napisanym przez Zbigniewa Moskala komediowym monodramem pod frapującym tytułem: „Życie Jadzi według mnie”. To zabawna i wzruszająca współczesna historia o tym, jak miłość zmienia wszystko, nawet mężczyznę (śmiech). A wracając do marzeń filmowych, chciałbym, by pojawił się reżyser czy też producent, który odważyłby się wyjść poza stereotypy obsadowe i wykorzystał moje możliwości. Liczę, że to się stanie jeszcze za mojego życia…

Podziel się treścią artykułu z innymi:
Wyślij e-mail
KOMENTARZE (0)
Brak komentarzy
PODOBNE TEMATY
Na nudę nie narzekam, nienawidzę siedzieć w miejscu
Michał Kowalski - model, aktor, działacz społeczny i student ...
Agata Kulesza bez make-upu. Czy łatwo grać zakonnicę?
„Kiedy przebierałyśmy się w habity i welony, było w tym ...
Wywiad z Magdaleną Kubasiewicz, autorką powieści „Spalić wiedźmę”
„Tak naprawdę najwięcej pomysłów przyszło mi do głowy ...