Wykorzystujemy pliki cookies do poprawnego działania serwisu internetowego, oraz ulepszania jego funkcjonowania. Można zablokować zapisywanie cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki internetowej.
Data publikacji: 19.05.2014 A A A
Jestem zadowolony z lwiej części swoich kompozycji
Rozmawiał Łukasz Jakubowski
Fot. Materiał prasowy

14 maja 2014 r. na Festiwalu Tradycji i Awangardy Muzycznej „KODY” w Lublinie odbyła się długo oczekiwana premiera dokumentu „Kilka pytań o słyszenie świata”. Z jednym z bohaterów filmu, kompozytorem Pawłem Pudło rozmawiał Łukasz Jakubowski.


Łukasz Jakubowski: W filmie dokumentalnym Mai Baczyńskiej „Kilka pytań o słyszenie świata” powiedziałeś, że w procesie twórczym inspirują Ciebie m.in. dźwięki zasłyszane na co dzień, np. dźwięk syreny ambulansu. Czy od szukania inspiracji w muzyce innych kompozytorów, wolisz wyjść na miasto i nasłuchiwać?

 

Paweł Pudło: Inspiracji poszukuję wszędzie, czasem mogą to być dźwięki natury, czasem to, co zasłyszę oglądając film w kinie, obrazy, zdarzenia ulotne jak wiatr czy ruch chmur po nieboskłonie. A czasem jest to próba przetworzenia jakiejś idei na muzykę. Kiedy piszę utwór autonomiczny, nie uciekam się do jednego sposobu szukania inspiracji. Natomiast muzyka filmowa rządzi się innymi prawami. Kompozytor musi pamiętać o tym, że efekt jego pracy ma współtworzyć historię, a nie stanowić samoistny byt. Inspiruje mnie historia, bohaterowie, zdjęcia i montaż. Tworząc np. motyw bohatera próbuję rozłożyć go na czynniki pierwsze, by znaleźć w tej układance odpowiedni nastrój muzyki. To jak budowanie budynku, najważniejsze jest stworzenie szczegółowych planów, schematów, by się w tym wszystkim nie pogubić. Przykładem może być tutaj skomponowany przeze mnie temat główny do filmu „Mój przyjaciel Hachiko”, który napisałem w ramach konkursu Transatlantyk Film Music Competition (międzynarodowy konkurs kompozytorów filmowych, którego jestem laureatem i polskim zwycięzcą w roku 2012). Zacząłem od poszukiwania znaczenia słowa Hachiko (imię głównego bohatera filmu, którym jest pies), z języka japońskiego hachi znaczy osiem. Zdecydowałem się wyjść od ośmiu półtonów i sprawdzić, dokąd mnie to zaprowadzi. Liczba osiem to również symbol nieskończoności, bardzo znaczący dla filmowej opowieści, dlatego uznałem za konieczne stworzenie jego muzycznego ekwiwalentu – zastosowałem go podczas sekwencji podróży w partii repetycji fortepianu. Również nieprzypadkowo użyłem japońskiego fletu shakuhachi. To oczywiście prosty przykład, tworzenie planu jest znacznie bardziej złożone, a inspiracji muzycznych można szukać naprawdę wszędzie.

 

ŁJ: Czym jest „Violemi – the Slave of Delusion”?

 

PP: “Violemi – The Slave of Delusion” jest moją operą filmową fantasy. Termin ten najcelniej  oddaje istotę tej realizacji, choć nie jest dokładny. Nie jest to bowiem typowa opera, nie jest to również film, a w stworzonym na potrzeby „Violemi…” świecie fantasy nie ma smoków i czarów. Najlepiej będzie, jeśli zaproszę czytelników bezpośrednio na stronę www.violemi.com , by zapoznali się z tym nietypowym przedsięwzięciem. Dodam tylko, że materiały na stronie dostępne są w czterech językach: polskim, angielskim, japońskim i rosyjskim.  Dzięki temu „Violemi” można polecić znajomym z odległych zakątków świata. Liczę, że projekt się czytelnikom spodoba!

 

ŁJ: „Violemi…” jest Twoim w pełni autorskim projektem. Pracowałeś nie tylko nad muzyką. Nad czym jeszcze?

 

PP: „Violemi…” jest moim pomysłem i moją produkcją, ale w jego realizacji pomagało mi ponad 90 osób. Jestem bardzo wdzięczny za ich wkład. Przede wszystkim muszę tutaj wspomnieć o Annie Osowskiej (opowieść i libretto), Arturze Wilniewczycu (realizacja nagrań i miksy) oraz Davidzie Szatarskim (lwia część warstwy graficznej projektu). Uczestniczyłem w pracach na każdym etapie powstawania „Violemi…”, od idei, poprzez muzykę, projektowanie i nadzór wykonania strojów oraz biżuterii, wykonania części grafik, rozrysowywanie map, nanoszenie ruchów wojsk itd. Dużo tego było, ale jako, że bardzo interesuje mnie projektowanie jako takie, praca ta była dla mnie przyjemnością, ale i sporo mnie nauczyła. W zasadzie byłem takim projektantem „Violemi”. Kompozytorem – projektantem.

 

ŁJ: Zważywszy na wysiłek, jaki włożyłeś w realizację „Violemi…”, czy projekt zyskał satysfakcjonującą dla Ciebie popularność? Pojawił się na rynku zagranicznym?

 

PP: Przeznaczyłem trzy lata życia, by zrealizować ten projekt i cieszę się, że udało mi się go ukończyć. „Violemi” zdobyło uznanie nie tylko w naszym kraju, część zamówień przyszła  z Niemiec, Francji, Kanady czy USA. Płyta trafiła również do Japonii. Zawsze chciałem zrobić projekt z takim rozmachem. W tego typu muzyce (symfoniczno-chóralna z elementami opery, musicalu i literatury fantasy) naprawdę ciężko liczyć na rzesze fanów. Nie jest to muzyka popowa. Trudno powiedzieć, czym jest satysfakcjonująca popularność. Na pewno projekt wciąż ludzi zadziwia, wiele osób o niego pyta. Bardzo mnie to cieszy.

 

ŁJ: W "Kilku pytaniach o słyszenie świata" mówisz, że pracując nad muzyką filmową stosujesz wykresy emocji. Czy używasz ich także w utworach nie-filmowych, autonomicznych?

 

PP: Oczywiście, to główne narzędzie projektowe, pozwalające zapanować nad całością procesu tworzenia, a nie tylko nad małym fragmentem. Tak jak wspominałem w filmie Mai Baczyńskiej, wykresy emocji pomagają mi również w komunikacji z zamawiającym, bez względu na to, czy muzykę piszę dla filmowca niezależnego, czy dla tak potężnej firmy jak UEFA.

 

ŁJ: Napisałeś muzykę do krótkometrażowych filmów „Wiolonczelista” oraz „Przestrzenie”. Muzyka filmowa jest dziedziną, w którą planujesz zainwestować swój czas i talent?

 

PP: Okazało się, że mam zdolność słyszenia obrazów, co wykorzystuję podczas pisania muzyki do filmu. Pogłębiałem swoją wiedzę z dziedziny scenopisarstwa, tworzenia filmów i reklam, ponieważ dziedziny te niezwykle mnie ciekawią. Obejrzałem kilka tysięcy filmów każdego gatunku. Wszystkie te działania nauczyły mnie czegoś i ukształtowały moje słyszenie obrazu. Uwielbiam muzykę filmową, ale raczej tę, która w głównej mierze pisana jest na orkiestrę symfoniczną - również z towarzyszeniem elektroniki. We współczesnym kinie elektronika dominuje, muzyka stała się przez to bezduszna, co filmom szkodzi. Główną rolą muzyki w filmie jest przecież przekazywanie emocji. Uwielbiam elektroniczną muzykę, nie podobają mi się jednak ostatnie trendy, w których tzw. kompozycja hybrydowa po prostu pląsa w tle i hałasuje. Generalizuję oczywiście, ponieważ zdarzają się perełki, ale czasem mam wrażenie, że artykulacje na instrumentach orkiestrowych ograniczyły się do minimum, a o frullato, rykoszetach czy sul ponticello zapomniano. Czasem pojawia się tremolo i może to jest promyk nadziei (śmiech). Brakuje mi w obecnej filmówce tej zabawy w komponowaniu. Może spowodowane jest to komputeryzacją, a może szybkimi deadlinami, ciężko stwierdzić. Przypomina to zastąpienie wytwornej restauracji przydrożnym fastfoodem.

 

ŁJ: W jaki sposób pracowałeś nad kompozycjami do „Wiolonczelisty” i „Przestrzeni”? Pisałeś pod gotowy, zmontowany film czy przystąpiłeś do projektu na etapie powstawania scenariusza?

 

PP: W przypadku „Wiolonczelisty” pisałem pod zmontowany film, ale komponowania do „Przestrzeni” nie pamiętam, było to już kilkanaście tysięcy taktów temu. Praca ze scenariuszem różni się diametralnie od pracy z gotowym montażem. Na poziomie samego tekstu kompozytor nie może odnieść się do tak ważnych elementów filmu, jakimi są barwy obrazu, filtry, dynamika montażu, czy najważniejsze dla nas rozmieszczenie dialogów w czasie. Dla finalnego efektu korzystniejsze jest, gdy widzimy zmontowany film. Tak powstały kompozycje do „Wiolonczelisty”. Zadziwia mnie popularność tej muzyki. Na portalu YouTube soundtrack ten ma ponad 22500 wyświetleń, a nigdzie nie jest reklamowany. Dodam również, że to niezależny film krótkometrażowy, a pomimo tego muzyka podoba się do tego stopnia, że co jakiś czas dostaję prośby od wiolonczelistów o udostępnienie nut. Bardzo mnie to cieszy, tym bardziej, że eksperymentowałem komponując całość tylko na wiolonczelę (wszelkie dźwięki w muzyce to wiolonczela, czy to perkusyjne, czy wręcz typowo harfowe przebiegi).

 

ŁJ: Do twórczości którego z kompozytorów muzyki filmowej wracasz najczęściej?

 

PP: Nie potrafię odnieść się tylko do jednego nazwiska. Są to Danny Elfman, John Powell, John Williams, Bernard Hermann, David Arnold, Clint Mansell, Hans Zimmer. Nie skupiając się tylko na filmówce, muszę wspomnieć o wcześniejszych czasach: Antonio Vivaldi (mój ulubiony kompozytor), Carl Orff, Ludwig Van Beethoven, Amadeusz Mozart, Gustav Holst, Samuel Barber, Edward Grieg, Sergiej Prokofiew. Uzupełnię tę listę o współczesne inspiracje muzyczne, tj.: Bjork, Pink Floyd, Iron Maiden, Moloko, Voivod, Peter Gabriel, Daft Punk, Kraftwerk, Depeche Mode, Chuck Mangione, Imogen Heap, Chuck Schuldiner, 30 Seconds to Mars  i wiele innych. Nie inspiruję się tylko jedną wybraną stylistyką. Ostatnio podobały mi się eksperymenty z „Amazing Spider-Man 2” Hansa Zimmera i spółki. Świetne i przemyślane użycie elementów dubstepu. A szepty, które idealnie odnoszą się do opowieści i konkretnych zdarzeń na ekranie rewelacyjnie korelują z obrazem, dźwiękami i muzyką. W sali kinowej szepty znakomicie zabrzmiały w surround, a tzw. dubstepowy drop pięknie odbijał się od subwoofera.

 

ŁJ: Napisałeś utwór przewodni na Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej 2012. Czy pisanie na zamówienie może dawać kompozytorowi artystyczne spełnienie, czy jest to tylko sposób na zarabianie pieniędzy, zapewnienie sobie bytu, aby móc komponować niekomercyjnie?

 

PP: Utworem przewodnim był popowy hit, a mój utwór napisany na orkiestrę, chór i elektronikę otwierał każdorazowo mecze i niejako zagrzewał piłkarzy i kibiców do boju. Świadomość tego, że w ciągu miesiąca kompozycję tę usłyszało na żywo ponad milion osób (a w telewizji kilkadziesiąt milionów) jest dla mnie czymś niesamowitym. Na początku założenie było takie, że w środek mojego pięciominutowego utworu wmiksowany zostanie fragment wspomnianego wcześniej popowego hitu. Uważałem to za rozwiązanie mało ciekawe i zaproponowałem swoją koncepcję muzyki. Pomysł tak się spodobał supervisorom w Szwajcarii, że oddali całe pięć minut mojej muzyce. Cieszę się, że mogłem współpracować z choreografami z Polski i Ukrainy. Stworzono osiem różnych choreografii odnoszących się symbolicznie do każdego z miast, w których odbywały się mecze, a tańczyło w sumie około tysiąca tancerzy. Choreografia z Doniecka była jedną z najciekawszych. Niezwykle mi przykro, że niedawne pozytywne emocje związane z rywalizacją sportową, teraz zamieniają się w polityczną nienawiść i nastroje wojenne. Jestem zadowolony z lwiej części swoich kompozycji i w każdą z nich wkładam całe swoje serce. Nieważne czy to utwór komercyjny, czy nie. Uwielbiam melodię i cieszę się, że moja muzyka się podoba. Nie rozumiem pisania do tzw. szuflady, po prostu nie widzę w tym sensu. Albo robi się coś na 100% i pokazuje to komuś, albo szkoda na to czasu. Muzyka jest moją pasją, ale pamiętam, że jest to również moja praca. Projekty staram się dobierać tak, by nie musieć wybierać między artystycznym spełnieniem, a „głodowaniem”.

 

ŁJ: Jako fan opowieści o Batmanie, co sądzisz o ekranizacjach komiksów z tym bohaterem, a zwłaszcza o muzyce Elfmana, Goldenthala i Zimmera do spółki z Jamesem Newtonem Howardem.

 

PP: Pierwszy „Batman” Tima Burtona z 1989 roku jest dla mnie szczególny z wielu powodów.Przede wszystkim jest to pierwszy film, który widziałem w kinie. Wrażenie wywiera niezwykła scenografia, światło (!), batmobile, no i właśnie rewelacyjna muzyka Elfmana. Do teraz uważam ją za jedną z najciekawszych partytur - prosty pięcionutowy temat, niesamowity mroczny klimat i złożone orkiestracje, a jakie tam są partie smyczków, drewna czy blachy...! Muzyki Goldenthala nie znam aż tak dobrze (najbardziej cenię jego „Tytusa Andronikusa”). Natomiast trylogia Nolana przeniosła całą mitologię Batmana w zupełnie inne rejony, wzorując scenariusze na odpowiednich historiach z komiksów. Poważne potraktowanie widzów również miało wielkie znaczenie. Muzyka Zimmera i Howarda idealnie pasuje do tych obrazów. O ile score Elfmana lubię najbardziej, o tyle wiem, że do stylistyki filmów Nolana po prostu by nie pasował. Muzyka Zimmera i Newtona Howarda jest bardzo dobrym łącznikiem z obrazem. Warto pamiętać o serii filmów animowanych z początku lat 90. (tzw. „Batman TAS”). Większą cześć muzyki napisała nieżyjąca już Shirley Walker. Stworzyła naprawdę idealną muzykę do tych mrocznych animacji. Ciekawostką może być fakt, że przy różnych filmach współpracowała z prawie wszystkimi ze wcześniej wspomnianych kompozytorów.

 

ŁJ: Nad czym pracujesz obecnie? Jakie masz plany twórcze na najbliższe miesiące?

 

PP: We wrześniu poprzedniego roku skończyłem muzykę na najnowszy koncept album, również koncert. Teraz trwa jego postprodukcja. Uważam, że jest to najlepsza kompozycja jaką kiedykolwiek napisałem. Jestem z niej bardzo dumny i z niecierpliwością czekam, by podzielić się nią z odbiorcami (Serdeczne podziękowania dla zaprzyjaźnionych muzyków z którymi mogę ten projekt tworzyć!) Na razie nie mogę zdradzać szczegółów, ale wkrótce pojawią się pierwsze publikacje. Ciekaw jestem reakcji słuchaczy.

 

Od pół roku współtworzę projekt związany z psychologią i psychoterapią. Muzyka ma być integralną częścią książki. Na jej kartach poruszane są niezwykle ważne tematy dotyczące człowieczeństwa, tego kim jesteśmy, kim chcielibyśmy być, jakie są nasze relacje z najbliższym otoczeniem, co wpływa na nasze postępowanie w życiu. Po przeczytaniu tej książki wiedziałem, że chcę wziąć w tym udział. To najważniejszy projekt w jakim biorę udział, ponieważ może on pomóc wielu osobom, a jeżeli pomoże tylko jednej czy dwóm, to i tak będę przeszczęśliwy. Bardzo jestem dumny z tej współpracy. Tymczasem na horyzoncie pojawiły się dwa niezwykle interesujące przedsięwzięcia koncertowo-płytowe. Cały czas coś się dzieje.

Podziel się treścią artykułu z innymi:
Wyślij e-mail
KOMENTARZE (0)
Brak komentarzy
PODOBNE TEMATY
Na nudę nie narzekam, nienawidzę siedzieć w miejscu
Michał Kowalski - model, aktor, działacz społeczny i student ...
Agata Kulesza bez make-upu. Czy łatwo grać zakonnicę?
„Kiedy przebierałyśmy się w habity i welony, było w tym ...
Wywiad z Magdaleną Kubasiewicz, autorką powieści „Spalić wiedźmę”
„Tak naprawdę najwięcej pomysłów przyszło mi do głowy ...