Wykorzystujemy pliki cookies do poprawnego działania serwisu internetowego, oraz ulepszania jego funkcjonowania. Można zablokować zapisywanie cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki internetowej.
Data publikacji: 26.06.2014 A A A
Dużo czasu spędziłem przyglądając się zdjęciom Witkacego.
INFORMACJA PRASOWA
Jeremy Millar, fot. A. Taraska-Pietrzak, materiały prasowe Muzeum Sztuki w Łodzi

Rozmowa z Jeremy’m Millarem. Wystawa brytyjskiego artysty pt. „M/W” jest do obejrzenia w Muzeum Sztuki w Łodzi jeszcze do 24 sierpnia.


- Kiedy poznał Pan historię podróży Witkacego i Malinowskiego i co Pana zainspirowało do realizacji projektu „M/W” - nawiązującego do ich wspólnej wyprawy?

 

Pierwszy raz o tej podróży usłyszałam w 2007, może 2008 roku. Wtedy często w swoich pracach zadawałem sobie pytanie: co by było gdyby losy wielkich osobowości XX wieku potoczyły się inaczej. Malinowski był na progu formułowania nowej dziedziny; antropologii społecznej. Interesujące wydało mi się pytanie o to co miało w tym momencie na niego wpływ i co by się stało gdyby ten wpływ pochodził zupełnie skądinąd. Jak przełożyło by się to na powstanie nowej gałęzi nauki.

 

- Dlaczego zdecydował się Pan pojechać na miejsce badań Malinowskiego i zaprosić do projektu lokalnych mieszkańców?

 

Kiedy poznałem historię tej podróży i dowiedziałem się, że Witkacy nie dotarł do celu, ale zawrócił z Australii, stało się dla mnie oczywiste, że powinienem tam pojechać i zrobić zdjęcia, których jemu zrobić się nie udało. One były niejako takimi brakującymi artefaktami, powinny istnieć, ale ich zabrakło. Dużo czasu spędziłem przyglądając się zdjęciom Witkacego. Sam studiowałem fotografię, ale moje zdjęcia nie przypominają zdjęć Witkiewicza. Dlatego, trochę to trwało zanim udało mi się przestawić i spróbować fotografować w sposób podobny do jego.

 

- Wystawa „M/W” składa się z 3 części. Może Pan o nich opowiedzieć?

 

Pierwszą częścią, trzonem wystawy, są zdjęcia. To im była podporządkowana podroż i czas, który spędziłem na Wyspach Trobrianda. Druga część to instalacja video, pokazująca 2 filmy - inscenizacje „Metafizyki dwugłowego cielęcia”. Podczas moich badań (dot. twórczości Witkacego - red.) dowiedziałem się, że ta sztuka Witkacego napisana w 1921 roku jest bardzo rzadko wystawiana, do tej pory była wystawiana może dwa razy. Dramat rozgrywa się w 2 miejscach: w Papui Nowej Gwinei i Australii, a jego bohaterami są obywatele obu tych państw, a także Anglicy. W pewien sposób chciałem oddać sztukę w ręce tych, o których opowiada. Poprosiłem więc reżyserów teatralnych w Australii i Papui o wystawienie jej i sfilmowanie. To wszystko – nie mieli ode mnie żadnych wskazówek, wszystko zależało od nich, interesowały mnie ich wybory. Na Gwinei postanowili przetłumaczyć tekst na pidgin English, który jest w pewnym sensie językiem narodowym Papuasów. To był pierwszy raz, kiedy mieli do czynienia ze sztuka pisaną. Chcieli więc pracować z językiem, który jest dla nich bliższy, lepiej im znany. Zwykle nie pracują z gotowym tekstem - mają jedynie ogólny zarys historii, a potem ją improwizują. Ostatnia część wystawy to praca pt. „Lewą ręką”. Na ekspozycji prezentowany jest  ceremonialny naszyjnik soulava, przekazywany w kole podczas obrzędu Kula. Rytuał Kula jest z jednej strony bardzo prostym, a z drugiej - dość skomplikowanym systemem wymian pomiędzy społecznościami zamieszkującymi różne wyspy Papui. Nikt nie wie dokładnie od jak dawna się go praktykuje, zakłada się, że od co najmniej 3 tysięcy lat. W obrzędzie Kula biorą udział 2 przedmioty, jeden z nich to soulava, czyli naszyjnik, a drugi to mwali - rodzaj bransoletki. Wymiana dokonuje się w obrębie pierścienia wysp,  a soulava krąży zgodnie z ruchem wskazówek zegara, natomiast mwali w kierunku odwrotnym. Dlatego mówi się, że naszyjnik jest przekazywany „Lewą ręką”. Kiedy dowiedziałem się, że z okazji 60 rocznicy śmierci Malinowskiego wybito w Polsce monety z jego portretem, postanowiłem dodać je do naszyjnika. Kupiłem kilka takich monet - będących symbolem kapitalizmu, naszej formy systemu wymiany dóbr – i doczepiłem je do naszyjnika. W pewnym sensie wyjąłem je z naszego systemu wymiany i połączyłem z naszyjnikiem, który funkcjonował w innym systemie. W ten sposób oba przedmioty straciły swoją pierwotną wartość, ale być może ich połączenie nadało im nowe, zupełnie inne znaczenie.

 

- Jak przyjęła Pana lokalna społeczność? I co to znaczy że Wyspy Kiriwina są odizolowane?

 

Wyspy Kiriwina, nazwane potem Trobriandzkimi są bardzo odizolowane, leżą jakieś 100 km na północny-wschód od Papui Nowej Gwinei. Można na nie dolecieć małym samolotem. Kiedy byłem tam w 2009 roku okazało się, że od czasów Malinowskiego miejsce prawie się nie zmieniło. Odwiedziłem i sfotografowałem te same wioski co Malinowski i wyglądają prawie identycznie jak sto lat temu. Są tak samo zlokalizowane, ludzie nadal mieszkają w takich samych szałasach. Nasze społeczeństwo zmienia się dużo szybciej, dynamiczniej. Tamtejsi Papuasi nadal nie mają elektryczności, a co za tym idzie telewizji, gazet, telefonów, radia. Są bardzo odcięci od świata. Pytali mnie o to jaki jest Londyn, bo o nim słyszeli i o królową (śmiech), bardzo chcieli wiedzieć jaka ona jest - tak jakbym znał ją osobiście. Najdziwniejsze było to, że znali księżną Dianę, tylko… nie słyszeli o tym, że nie żyje.

 

- Jak Pan sądzi czy gdyby Witkacy kontynuował projekt wspólnie z Malinowskim miałby jakikolwiek wpływ na jego badania?

 

Uważam, że tak i nie jestem w tym myśleniu odosobniony. Podobnie sądzi wielu antropologów, z którymi rozmawiałem. Witkacy mógłby wpłynąć nawet na kształt powstającej wtedy antropologii. Miał inną wrażliwość niż Malinowski, interesowały go ludzkie charaktery i osobowości. Dalsza współpraca Witkacego z Malinowskim mogłyby zmienić nieco spojrzenie Malinowskiego na świat i na ludzi.

 

- No cóż, nigdy się o tym nie przekonamy. Dziękuję za rozmowę.

Podziel się treścią artykułu z innymi:
Wyślij e-mail
KOMENTARZE (0)
Brak komentarzy
PODOBNE TEMATY
Na nudę nie narzekam, nienawidzę siedzieć w miejscu
Michał Kowalski - model, aktor, działacz społeczny i student ...
Agata Kulesza bez make-upu. Czy łatwo grać zakonnicę?
„Kiedy przebierałyśmy się w habity i welony, było w tym ...
Wywiad z Magdaleną Kubasiewicz, autorką powieści „Spalić wiedźmę”
„Tak naprawdę najwięcej pomysłów przyszło mi do głowy ...